|
Zasadniczo to na tymże wyjeździe prezes dbał o nas jak ojciec najlepszy
(jak anioła głos) i nieprawda, że dach przeciekał, zwłaszcza, że prawie
wcale nie padało.
No to może tyle tytułem wstępu.
Ogólnie rzecz biorąc, damy radę. Jak anioła głos.
Środa, 21. maja
Jak nie urok, to sraczka. Znaczy nie dosłownie. Chociaż z drugiej
strony... tak można mniej więcej w metaforycznym skrócie określić warunki
atmosferyczne, które absolutnie nie zachęcały do jakiejkolwiek aktywności
życiowej poza miejscami zadaszonymi. To się chyba nazywa "pogoda barowa",
więc jak sama nazwa wskazuje w taki dzień powinno się nie jechać na
rowerze, tylko iść pić z rozpaczy, że nie można jeździć na rowerze. Cóż
jednak mogliśmy zrobić, jeśli takowe picie z rozpaczy mogłoby być dla nas
dostępne dopiero po przejechaniu 80 kilometrów? Jak to co: przebrać się za
Boba Budowniczego (jak Piotrek), albo w jaką inną folię, zdjęcie pod
pomnikiem (znowu ponad połowa to odprowadzający! Trzeba wprowadzić jakieś
sankcje) i jadyma.
Ogólnie rzecz biorąc, dzień ten zasługuje według mnie na tytuł "Świry
sezonu 2". Ale dla tego, kto przeżył edycję pierwszą, edycja druga
niestraszna!
Zwłaszcza, że w części drugiej tegoż programu, przed Pysznicą bodajże,
wyszło słońce. Idealna okazja, by uczcić ją lodem marki "Doda" (Ostatnio
dowiedziałam się, że one są w kształcie mikrofonu - no cóż, nie powiem,
żeby moje pierwsze skojarzenie szło akurat w tę stronę, ale niech
będzie...).
Większe spotkanie zbiorcze miało oczywiście miejsce - podług długotrwałej,
świeckiej tradycji - na CPNie. Najpierw nastąpiło szczęśliwe
skompletowanie rodziny (zresztą po drodze, a raczej na drodze, jak Kuba
nas mijał ServiceCarem też miało, takie chwilowe), a następnie zaszczycił
nas Prezes. Po jakimś czasie pojawili się Stachu i Iwona (no co tak długo,
co tak długo?! Tylko marne 30km/h się jechało, co? Cienizna!)
W związku z tym nie mogliśmy się już tak przyjemnie wlec jak wcześniej.
Chociaż w sumie dzięki temu deszcz złapał nas dopiero w Łazorach. Ale i
tak zdążyliśmy chwilę pojechać w deszczu. I kto by pomyślał, że Łazory są
takie duże, nawet dwie tablice mają - panie, to nie są małe rzeczy!
Na werandzie już czekali na nas, zapewne z utęsknieniem, Misiek i Kuba z
gitarą (znaczy Kuba z gitarą, a Misiek z Lechem, znaczy piwem), której to
nie zawachowywał się używać, niewiele później pojawiła się FAramka (znaczy
tym razem można się przyznać, że to nasza Pani Prezes, bo białych
spodenek, jak w zeszłym roku, nie miała).
No i ingerencja była jak anioła głos!
Czwartek, 22. maja
Że nikt nie lubi poniedziałku, a poniedziałku rano, to wiadomo. Ale
czwartek, poza tym czwartek rano, a co najważniejsze - czwartek rano w
Łazorach... Oo, przy tym poniedziałek rano to mały pikuś! Trzeba ząbki myć
na trawie i pod parasolem (Meridol łączy!), a jasno jest, więc nie można
już udawać, że wcale się nie chodzi do sławojki (nie, nie do Sławka, tym
razem nie ma tu nic wspólnego ze Sławkiem!), tylko za... Nie ma, że boli.
Poza tym, jako że wyszło na jaw (który to już raz!), że jestem
niedorobiona, na wieczór zostało zaplanowane dorabianie. I jak tu nie
wsiadać chętnie na rower i gnać ku przeznaczeniu.
Na postoju odkryłam za to autorsko oryginalne kulinarne połączenie KK
(Kawa i Kabanos). Komponuje się idealnie. A, i jeszcze jedno K - Karmi,
którym Piotrek chciał mnie upić (bezalkoholowe najlepiej wchodzi), i
Kinder Bueno do zagryzania Karmi. Nawet jakbym głodowała to mnie nakarmią,
w tym towarzystwie nie zginę!
Niestety, mimo rychłego osiągnięcia celu podróży, z punktu widzenia
meteorologicznego sytuacja nadal przedstawiała się tak samo - czyli
dobrze, ale nie zupełnie beznadziejnie. No bo że zimno i pada - co to dla
nas!
Tu pragnę nadmienić, że tego dnia przekonałam się, ze trzeba słuchać mamy,
a zwłaszcza jeśli każe wziąć górskie buty na rower. Albowiem koncepcja ta
jest więcej niż wielce słuszna! Takim butom nie straszny jest bowiem nawet
spacer na szumy.
A spacer na szumy, jako że jest częścią naszej wcale-nie-tak-nowej
świeckiej tradycji, odbyć się musi. Nawet jak jest ciemno, mokro i zimno.
Co to dla nas, przecież damy radę. A poza tym takie było zarządzenie Pani
Prezes, o! Wszyscy przygotowali się więc na warunki ekstremalne (na
przykład Ewa założyła klapki, co by było łatwiej brodzić) i tradycji stało
się zadość.
Ogólnie można powiedzieć, że było zimno, nierzadko ciemno (ale to dopiero
później), a przede wszystkim mokro, niektórym nawet bardziej niż innym: na
przykład potok prawie zajumał Ewie klapka, a Agata i Misiek przekraczali
rzekę w bród (tak, tak, w tym samym miejscu, w którym przed rokiem
uciekałyśmy z FAramką przed koniem Dżedaj), przy czym Misiek zrobił to
technicznie, to znaczy na piechotę, a Agata prawie że telemarkiem, ale że
prawie robi wielką różnicę...
W drodze powrotnej się prawie zgubiliśmy. Prawie, bo szliśmy cały czas
prostą drogą, tylko było zbyt ciemno, żebyśmy wiedzieli dokąd (zresztą, i
tak jakbyśmy się zgubili to by było na FAramkę. A co!). Nawet nam się z
Kubą skończył repertuar piosenek z „la la la” w refrenie (do tego stopnia,
że zadowoliliśmy się nawet takimi z „sialalalalalala-a-a!”).
Wieczorek rozpoznawczy, to znaczy właściwie sam wieczorek bez rozpoznania,
miał oczywiście miejsce w prezesowskim pokoju (w którym notabene miałam
miejscówkę, niejako VIPowską!). Jeszcze dwa dni później zbierałam z
podłogi podeptane, podarte, poszarpane, zabłocone fragmenty śpiewnika
Kuby. Pani rezydującej w okolicach chyba się nie podobało, bo
wypowiedziała się dosyć niepochlebnie o naszym śpiewie (a następnego dnia
wyjechała - my to jednak mamy zdolność kształtowania rzeczywistości!). No
i co, zamknęliśmy drzwi i dalej było fajnie.
Co poniektórzy jednak potrafią zasnąć za gitarą. Znaczy za Sławkiem.
Ściśle za Sławkiem z gitarą. No dobrze, nie odwracajmy już uwagi od tego
haniebnego faktu. I nie rzucajmy nazwiskami, bo po co!
Piątek, 23. maja
Ten dzień upłynął nam pod znakiem wielokrotnych prób przeprowadzenia akcji
o kryptonimie „Kapitan Bomba”, która to jednakże, mimo wielu poprawek i
wariantów, udała się tylko w jednym szczególe (ale za to tytułowym!).
Plan A:
Jedziemy do Zwierzyńca
Przyczyna niepowodzenia planu A: Wszyscy pojechaliśmy do Zwierzyńca.
Plan awaryjny B:
Nie będziemy długo siedzieć na piwie, tylko niepostrzeżenie wymkniemy się
Przyczyna niepowodzenia Planu Awaryjnego B:
Nikt nie siedział długo na piwie i wszyscy niepostrzeżenie się wymknęli
Plan awaryjny C:
Niepostrzeżenie wymkniemy się wcześniej
Plan awaryjny D:
Nie pojedziemy przez Kaczórki (które, jak wiemy z doświadczenia lat
zeszłych, mają fajną nazwę) czy co tam innego, tylko przez Borowe Młyny
(które być może mają fajną nazwę, więc trzeba to sprawdzić)
Przyczyna niepowodzenia Planu Awaryjnego:
Plan Awaryjny E:
Jak już nic się nie udaje, no to może chociaż oglądniemy „Kapitana Bombę”.
Z dumą mogę obwieścić, że Plan Awaryjny E został przeprowadzony i
zakończony pełnym powodzeniem. TCH!
Appendix do planu A: Po drodze natknęliśmy się na wielce ciekawy znak
drogowy, który ostrzegał, że na tej oto trasie znajdują się PRZEŁOMY.
Jednym słowem, taki fajny przełom tam był. Ale że Pawła z nami nie było,
to nikt nie docenił finezji tego widoku.
Na campingu wciąż czyhały jednak niebezpieczeństwa, na przykład w drodze
do łazienki trzeba było przejść obok Bombaju, a tam grasowała Małgosia z
alkoholem. I jak tu pójść pod prysznic. Ale to już taka - kolejna, trzecia
juz wspominana tutaj! - świecka tradycja, zapoczątkowana w Pieninach, że
Misiek musi iść się wykąpać trzeciego dnia, z piwem, a po drodze jeszcze
natknąć się na jakieś urodziny bądź inną okazję, która grozi dobrowolnym
spożyciem alkoholu.
Co poniektórzy są jednak niewyżyci, i jeśli nie walną setki dziennie
odczuwają przykre następstwa abstynencji. I wcale nie mówię tu o alkoholu.
No i tak trzem głupim chłopom i jednej Agacie zachciało się jechać do
Zwierzyńca na zachód słońca czy co tam innego - no bo dawno nie byli,
nie...
I tutaj kończy się Oli monolog, albowiem wprowadzam własną wypowiedź.
Oczywiście Maciej przed klawiaturą! No bo co, relacja dialogiem być nie
może? Być może być może… A no zachciało nam się jechać do Zwierzyńca, bo
to był pomysł wręcz nadzwyczajny. To, że już tam tego dnia byliśmy nic nie
szkodziło, aby jechać ponownie. Perspektywa zobaczenia kościoła na wodzie
w nocy przy dobrym oświetleniu oraz koncepcja ostrej jazdy nocnej przez
ciemny las były głównym i wystarczającym powodem dla zrealizowania tego
szalonego wyjazdu. Tylko cztery osoby odważyły się stawić czoła
przeciwnościom i dzielnie oraz w chwale wyruszyć na wyprawę, prawie, że
wojenną. Dostojna Agata, Czcigodny Piotr, Chwalebny Damian i Zacny Maciej.
Przygotowania nie trwały długo, bo trzeba było się spieszyć. Wieczór już
był blisko… Oczywiście bezpieczeństwo najważniejsze, więc powołaliśmy
odpowiednie służby, które nas wyposażyły w potrzebny ekwipunek, czyli
odblaskowe kamizelki. Niestety dla mnie zabrakło, ale co to dla mnie?
Ruszyliśmy z wolna, na początku bez rewelacji. Jechało się jakoś zwykle,
szaro, zimno. Ważne, że nie padało! Prawdziwa jazda zaczęła się po zmroku.
Wyjątkowe uczucie, możecie mi wierzyć. W Józefowie uzupełniliśmy zapasy
wody i pojechaliśmy dalej. Noc była ciemna, las był głuchy. Żadnych
samochodów, pełno dziur w asfalcie i głęboka cisza. It’s the name of the
game! Droga mijała bardzo szybko, nawet się nie zorientowaliśmy, kiedy
naszym oczom ukazał się wspaniały kościół na wodzie pływający.
Podjechaliśmy z dumą na czole na mostek, zostawiliśmy roweru na boku i
zrobiliśmy rundkę na około robiąc przy tym trochę zdjęć. Po niedługim
czasie dołączyła do nas flota z FAbryki (samochodem przyjechali,
leniwce!).
No, każdy ma swoje. Inni na przykład wolą lansować się FAbryką po
Józefowie - zimny łokieć, "Wykompe ci matkie", te sprawy... No i proszę,
efekt ten sam: byli my w Zwierzyńcu nocą? Byli. Zdjęcie na tle kościoła
jest? Jest. Postępowym trza być, a co! Po drodze jeszcze zahaczyliśmy o
konkurencyjną imprezę, to znaczy o Knieję. Oczywiście dla FAramki
oznaczało to zobowiązanie się do świadczenia usług przewoźniczych - bo kto
ma miękkie serce, musi mieć... pełen bak?
Sobota, 24. maja
Kolejny dzień zaczął się tak samo jak poprzednie. Brzydka pogoda, ale bez
deszczu. Jak zwykle zbieraliśmy się pół dnia, każdy miał niesamowitą
ochotę ruszać cztery litery z miejsca. I jeszcze je gnieść na siodełku?
Totalne pomylenie. Ale nie dla nas! Stanęliśmy społem do pamiątkowego
zdjęcia na dobry początek dnia i ruszyliśmy nie bacząc na przeciwności.
Niestety niektóre bywają zbyt uciążliwe, przez co nieszczęśliwie opuściła
nas Ola w tej wycieczce. Boląca noga nie daje zbyt dużych możliwości. Tak
więc musiała zostać z obozowiczami niemobilnymi rowerowo. My jadąc dalej
postanowiliśmy sobie utrudnić życie i wjechaliśmy w jakieś polne drogi.
Dołów i kałuż było pod dostatkiem. Na szczęście po drodze natrafił nam się
sklep. Pierwszoklasowy. Postój był upragniony i długi. Był bilard,
telewizja i nawet piętrowy rower. Myśleliśmy, że to był kres zadowolenia.
Żyliśmy w wielkim błędzie. Po drodze natknęliśmy się na weselicho, całkiem
fajni ludzie! Placek był pyszny. Po drodze nie mogliśmy również ominąć
wspaniałego sklepu Baby Jagi. Zrobiliśmy małe zakupy na ognisko i dalej w
drogę. Uważając na bociany. Wjechaliśmy do lasu i przedzierając się przez
gąszcze dotarliśmy do wspaniałego jeziora, pięknego jak anioła głos. Kilka
sesyjek zdjęciowych, rozkoszowania się widokiem i zajęliśmy się jedzeniem
kiełbasek bądź krupniaków.
Droga powrotna również prowadziła przez las, lekko pod górkę. Miło się
jechało. No i na koniec jeszcze podjazd pod górkę, której nazwa kończy się
na „mać”, jak każdy wie. Ale nie jest taka straszna, ja ją nawet
polubiłem… Na Campingu przywitali nas prawie chlebem i solą. Małgosia
pyszną kolacją, Jaś kiełbasą z grilla, Paweł świetną zupą, Ola paluszkami
w buzi i piwem w ręce, inni jeszcze mocniejszymi trunkami. Troszczą się o
nas kobiety :) I tak już minął dzień i wieczór. Spokojnie przed powrotem
do Sandomierza.
Niedziela, 25. maja
Podobno do Malucha mieszczą się cztery słonie. Do Syrenki za to mieszczę
się ja (ale zostaje jeszcze dużo miejsca). Jednak zagadnieniem o wiele
ciekawszym, które zamierzam zgłębić w tym oto fragmencie jest mianowicie:
Ile zmieści się do MisiuMazdy? Zakres pytania obejmuje oczywiście
wszelakie dobra ożywione i nieożywione.
Wyniki długotrwałej umysłowej i fizycznej pracy kompresyjnej Pana Prezesa,
który w wyniku poniższych dokonań otrzymał chwalebny tytuł Mistrza
Kompresji, pokazują, iż do MisiuMazdy można spakować:
- dwie baby
- cztery rowery
- mandżury 4 osób
A co więcej – obiekt nadal sprawdza się jako pojazd, każdy posiada
osobistą przestrzeń o wymiarach pozwalających nawet na poruszanie (w
miejscu, bo w miejscu, ale jednak!).
Po drodze trafiliśmy jeszcze na Festiwal Piosenki Kościelnej. Czy jakoś
tak.
I tym optymistycznym akcentem...
… Maciej będzie komentował powrót czwórki czempionów do kochanego
Sandomierza. Gorących pożegnań nie było końca. Ach, kochani! Droga krótka
nie była, ale jechaliśmy bardzo sprawnie. Po drodze zrobiliśmy przystanek
na stacji benzynowej jeszcze w towarzystwie Ewy i Piotra z ServiceCar’a.
Później obiad z Nowej Soli, jak tradycja nakazuje oczywiście się odbył. Ku
naszemu zdziwieniu dojechał do nas Pan Waldek! Naprawdę nas zaskoczył.
Miał siłę, oj miał. Potowarzyszył nam do końca. W Sandomierzu jeszcze
ostatnie zdjęcie grupowe i każdy pojechał w swoją stronę. Było wspaniale!
Pomimo niezapięknej pogody, każdy z pewnością będzie pamiętał nawet
tegoroczne Roztocze.
|