| |Gorce 2008| | ||
|
Dobrze
jest zacząć relację jakimś fajnym cytatem, dajmy na to literackim. Otóż
człowiek pisze coś, co ktoś inny (zazwyczaj sławny) już przed nim napisał,
to coś się sprzedało i pokutuje. Taki cytat, umiejętnie wpleciony w tekst
właściwy, świadczy o erudycji* autora, o tym, że jest to człek oczytany, a
przynajmniej oglądany. Szukając takiego tekstu w mych zasobach
pamięciowych postanowiłem, że relacja ta będzie inna niż wszystkie. Bo
ileż można czytać o tym, żeśmy wyszli, a potem żeśmy przeszli, żeśmy
doszli – rzecz wiadoma – przecież piszę tę „relację - nie relację”, więc
wiadomym jest – autor doszedł.
„Wyjechaliśmy w góry jeszcze za dni ciepłych, dopadła nas zima
zaskoczonych”. Tak, zacząć należy od tego, iż w górach śniegu jak lodu.
Śnieg ten całkowicie nas zaskoczył i ucieszył, bo to przecież już chyba
ostatnia okazja przed zdecydowanym napadem ciepłych dni, co by ponarzekać
na łażenie po głębokim śniegu. Śnieg był, w połączeniu z mggłą. Dzięki
temu „klimaty jak mordę” - co prawda widoczność znikoma spadająca w
porywach do „do dupy, nic nie widać”, ale oczy można nacieszyć było. Śnieg
tu, śnieg ówdzie, mgła wszędzie. Brodziło się przez te zamglone Gorce
jakoś tak lekko, powoli i bez pośpiechu. A wokół ptaszki nam śpiewały – no
bo to już wiosna przecie. I jeden widok na milion, który już nigdy się nie
powtórzy – delikatnie wyłaniający się z mgły olbrzymi budynek schroniska
na Turbaczu – ku naszemu zaskoczeniu, bo przecież tam miał być jeszcze
las, a tu tuż tuż przed nami wypłynął z oparów mglistego popołudnia
Latający Holender, wielki, zmuszający do wyduszenia „och ach”, wręcz
gwarantujący, że za chwilę rozlegnie się delikatny łopot żagli i
pokrzykiwania upiornych marynarzy. Wyjazdy tworzą ludzie. Pogoda może być kiepska, szwendanie się w deszczu też ma swoje uroki. Ale ludzie muszą być „lux”. Ten wyjazd utwierdził mnie w przekonaniu, że zapisanie się do PTT było krokiem zdecydowanie właściwym. Było wesoło, było przyjacielsko i było tak, jak jest zawsze i jak być powinno i tak, jak człowiek się spodziewa, że będzie. Bo i płynów nie zabraknie (różnych, Panie, różnistych, takich co to przeznaczone są do termosa** jak i wręcz całkowicie dla niego nie wskazane), z głodu w górach się nie umrze, bo każdy ma spooooooory zapas wiktuałów i można się spodziewać wszystkiego. Nawet i przepysznej rybki domowej roboty przegryzanej śliwkami i szczypiorkiem. Czy tak było tym razem? Ależ oczywiście. Bajkowa Equipa oczywiście dzieliła wspólne lokum, ale wyznając zasadę otwartych drzwi i serc ingerowaliśmy** się ze wszystkimi. I było super. Ewa jak zwykle stając na wysokości zadania dbała, abyśmy byli czyści i najedzeni. Piotr serwował przepyszną herbatę i kawę (to nic, że o 6 rano). I budził nas. Pobudka o 6 w niedzielę zmuszała do refleksji i psikuszenia. Odczuli to Ci, którzy odebrali moje poranne telefony. FAramka marudziła, a ja zastawiałem toaletowe pułapki. Znakomicie uzupełniająca się Bike Equipa i tym razem dała radę! Szkoda tylko, że Czarny Rycerz nie przyjechał. Każdy, kto miał okazję być na jakimś wypadzie, niekoniecznie górskim, wie, iż wieczorami zazwyczaj organizator przewiduje część rozrywkową. W zależności od grupy może to być prosta popijawka, może to być też wieczór poetycki. Dla nas było to grillowanie w kominku połączone ze śpiewami i tańcami, leciutko okraszone grzańcem i zimnym piwkiem. Długo, dobrze i męcząco. Może nie każdy wytrzymał do końca, może nie każdy umie tańczyć i nie deptać nóg partnerce, ale mimo to było miło. W poczet zajęć integracyjnych należy niewątpliwie zaliczyć popasy. Popas – jak sama nazwa wskazuje – służy do tego, aby napełniać żołądki. Nagle okazuje się, że każdy ma dużo słodkiego i wziął dla każdego. I co by tu nie gadać – wyłazisz człowieku na szlak z batonikiem w kieszeni i soczkiem, a po drodze zjesz kilka rodzajów czekolady, pieczone ciasteczka, drożdżówę z jagodami, kanapki, paluszki, wafelki, eh, któż by to zliczył. No i biesiadne postoje,gdy wygłodniała horda wysypuje się z busa i atakuje przydrożny bar. Knedle ze śliwkami na długo pozostaną mi w pamięci, ale tylko te „bryzgane”. I pomimo tego, ze ostatni dzień mocno pachniał górskim „lamerstwem”, to był na swój sposób niepowtarzalny. Spacer uliczką, równą i suchą, długi popas nad słowackim Dunajcem, taki dzień był nam niesamowicie potrzebny. Inny, całkowicie niezgodny z planem, ale za to rubaszno – rozkoszny. Bo ilu z Was miało okazję chóralnie zaśpiewać „Baranka” w Szczawnicy w biały dzień, mając na głowie wianek? A czy komuś z Was udało się odśnieżyć rzekę? Nam się udało. Taki właśnie to był dzień. Naładowane baterie, nowi znajomi, kilometry uśmiechów po których toczyły się beczki pełne śmiechu i śpiewu. To nasza wyprawa w Gorce. Fotki, dużo fotek. Zobaczycie galeryjkę jak tylko leniwa FAramka ją wrzuci. Zobaczcie i już pędźcie zapisać się na kolejną wyprawę. Tylko szybko, bo Czarny Rycerz jedzie.
*- autor nie ukrywa, iż w tekście występują słowa trudne,
możliwe iż nawet niezrozumiałe. Dlatego też w takich przypadkach radzi
skorzystać z www.google.pl
|
||