|Rozpoczęcie sezonu|
     
Nie dzielny poświętopatrykowy poranek przywitał nas iście wiosenną pogodą (czyli zimno, deszczowo, chmury, czyli przysłowiowa złota polska bądź też złotopolska wiosna). Niestety deszcz nie rozpadał się (bo notabene w ogóle nie padał) na tyle, żeby można było ze spokojnym sumieniem spać dalej.
O (nie) ludzkiej jak na (nie)dzielę (niesz)porze jaką jest jedenasta nad ranem wraz z nieeokologiczną Marzanną wyruszyliśmy w stronę Kopenhagi. Natura czy tam przyroda delikatnie mówiąc nie sprzyjała, biorąc pod uwage, że WIAŁO, a raczej robiło to co zwykle robi w kieleckim, i to jak zwykle nie w tę stronę co trza.
Jazda 19km/h pod wiatr!? Panie! To nie są proste rzeczy! Panowie, to jest masakra jakaś!
W dodatku nieznani sprawcy zamknęli nam sklep (pewnie jakiś zorganizowany spisek razem z tym wiatrem), więc Frument się poszedł tydyrydy i nie pozostało nic jak tylko sępić Powerade’a w kolorze plastiku od Piotra (Powerade’a od Piotra, nie plastiku od Piotra), co też niezwłocznie żeśmy z FAramką uczyniły.
Potem już było coraz lepiej.
Znaczy, kolejny sklep otwartym się okazał.
A dobry Frument jest jak pomidorówka!
Dobra, dobra, koniec tej sielanki. Toto później toto nie wiatr był. Panie, to był huragan!
No, chyba że te kilka metrów za zakrętem, które jechaliśmy z wiatrem... Ale wtedy się jechało tak szybko, że się te bezwietrzne metry szybko skończyły.
Na szczęście szybko zatrzymaliśmy się nad zbiornikiem wodnym (taka dużą kałużą) w celu mienia ogniska drogą rozpalenia.
Kiełbasę oczywiście tez trzeba było wysępić. Podobnie jak chleb, herbatę, nie mówiąc już o kiełbasie z kanarka. Ale, prawda, tego – żyj sępem i kochaj sępem! Później nastapiła wiekopomna chwila uwieczniona przez FAramkę, czyli scena „Pan kierownik wycieczki dmucha Marzannę”. No bo jakby nie była nadmuchana to by nie popłynęła z modrym nurtem Wisły wrzucona do tegoż przy akompaniamencie „O Maaaaryyyyyjaaaannooo, gdybyś była zakochanoooom!” (Chłopy to jak dzieci!)
O piękna pani (bo nieładnie jest mówić „o dziwo”), wiatr nie zmienił się wraz z kierunkiem jazdy. To znaczy zmienił się – z wmordewinda na wbackwind. Nawet słoneczko na chwilę wychynęło (no, i proszę, jakie trudne słowa znam, a co) psując całą tę typowo wiosenną deszczową i zimną pogodę.
Także tegoooooooo...
Trzeba jakoś zapełnić miejsce, bo powstała dysproporcja przez ten wiatr
Znaczy że
Się szybko
Wracało (Poza tym postojem koło wału, wała, wału, kiedy to w tak pięknych okolicznościach fauny – i być może flory – Stachu złapał kapcia, a raczej kapeć Stacha)
No i co by tu
Dalej opisać?
Po drodze wpadliśmy jeszcze do tej, no, stoczni (w Sandomierzu no, nie że dojechaliśmy z tym wiatrem aż do Gdańska) podperdzielić łódź (czy tam statek), ale się nie zmieściła na bagażnik.
Łodzią to się chyba jedzie pod wiatr szybciej niż rowerem?

PS. Przez ten rower musiałam cały wieczór spędzić w pozycji seiza. Przynajmniej dobre dla kręgosłupa.