|Radomyśl-Annopol|
     
W godzinach wczesno-późno-porannych, w dniu zwanym niedzielą, zostałem wzięty i brutalnie przebudzony przy pomocy budzika. Po wstępnych problemach ze zdobyciem roweru zacząłem szparko zmierzać do celu, czyli placu Skopenki (kto wymyślił w ogóle słowo szparko i dlaczego akurat w takim kontekście). Na rynku okazało się, że ludziom odbiła palma, jednak udało mi się ominąć całe zamieszanie.

Na miejscówce ludzi w siusiaka, aż dziw bierze. Oczywiście okazało się, że połowa nie jedzie tylko przyszła pożegnać jadących (A dzieciaka mnie tam pilnujcie!). Po gorącym powitaniu ze starymi (za przeproszeniem) członkami Equipy i ciepłym z nowymi twarzami padła komenda: zakulbaczyć! Co do liczebności wycieczki to jest kilka wersji – ja się trzymam tej, ze było 15 osób.

Co tu dużo gadać – droga do pierwszego postoju (Radomyśl) upłynęła pod znakiem pogawędek wszelakich i wspominaniu zeszłych sezonów. Oczywiście nie brakło tematów tegorocznych, Litwa, Susiec i takie tam. A w Radomyślu jak to w Radomyślu – kto był ten wie, a kto nie to się nie dowie.

Kolejny etap wycieczki był głupi, bo pod wiatr, więc nie będę nic o nim pisał, bo się na niego obraziłem.

W każdym razie należy zaznaczyć, iż pośród burzanów wonnych znaleźliśmy miejsce na ognisko, które to się odbyło. Dziabąg protestował, że on rozpalał nie będzie, ktoś tam szukał grzybów, niektórzy mieli luźną kiełbasę, maczanie w musztardzie kosztowało 10gr a wszystkich połączyła wspólna sprawa zachowywania się ludu Abrahama w różnorakich (nierzadko ciekawych) miejscach. Nastroje jak w morde, cichutko, las, łączka – nie chciało się zadka ruszać. No ale trza było. Tym bardziej, że od Annopola miało być z wiatrem!

Miejsce, o którym wspomnieć trzeba koniecznie, to Zawichost. Miejscowa ludność w postaci babki zaszczyciła nas swoją uwagą zapytowywując się, czy „załatwiamy sprawy?”. Okazało się, że jakieś łobuzy rzucają kamykami w okno odrapując je z czegoś, co nie przypominało niczego, co można odrapać. Mało tego – wśród nas znalazł się winny ukamienowania okna – Wojtek. Zbulwersowani faktem, iż zakłócał autochtonom spokój palmowej niedzieli wyjechaliśmy z Zawichostu.

Droga wiodła spokojnie, do Dwikóz, gdzie pod wiadomym sklepem przygotowywaliśmy się mentalnie do walki z „Dorazem”. Udało się – pod górę wyjechał każdy, nawet Edyta z „opiekunem”. Byli z nami pierwszy raz, a po akcji marketingu bezpośredniego, którą przeprowadził Piotr i Stachu jestem pewien, że się z nami jeszcze gdzieś wybiorą.

W sumie przejechaliśmy 80km, część osób jako że była na swoim „rozpoczęciu sezonu” odczuła te „osiemdziesiątkę” dość mocno.

Tekst wyjazdu: Ja to mogę jechać dalej, ale moja dupa ma całkowite odmienne zdanie.