|Nowiny|
     

"No ja mogę jechać, dokąd chcecie" - (może nie identyczne słowa, ale przecież przesłanie najważniejsze) usłyszał Sławek po dotarciu pod Bramę z ust Stacha. Tak więc pomysł wycieczki do Opatowa został rozgromiony jeszcze zanim Prezesostwo dobrze zsiadło z rowerów w celu przywitania się z przybyłymi cyklistami.

Cel - siakaś woda, zgodnie z obietnicami w newsie - po płaskim. No to może Nowiny? A że Nowiny za blisko, to Nowiny od dupy strony - znaczy od Zawichostu. Oj, górek prawie nie było. Jeden porządny zjazd (lepiej zjazd niż podjazd, dlatego trasa w tym a nie odwrotnym kierunku) w Dorazie. Oczywiście zmęczyliśmy się zjeżdżając, że trzeba było wykonać pierwszy postój pod Marketem w Dwikozach. Tam też podzieliliśmy się na dwa obozy. Chłopy jak to chłopy - przemyślały sprawę i spoczęły na zacienionym krawężniku po przeciwnej stronie ulicy. Baby natomiast (i zdrajca Ordos) - w ten piekielny, mimo jeszcze wczesnej pory, upał pod samiuśkim sklepem.

Droga do samego Zawichostu - dla większości wymarzona. Gnaliśmy z prędkością 28km/h, co było przyczyną wręcz natych-miastowego zjawienia się w Zawichoście. Kluczowe pytanie: czy prom działa? Zaraz przekonaliśmy się, że działa, sam osobiście ma się całkiem nieźle, ale za to pan promiarz najwyraźniej nie był w najlepszym nastroju. Ja rozumiem, że Wisła w Zawichoście jest szersza niż w Tarnobrzegu i że podróż promem trwa dłużej, ale 3zł od głowy to zdecydowanie za dużo. Tym bardziej, że nie było zniżek rodzinnych!!!

Po zjechaniu z promu musieliśmy pomęczyć się kilkaset (?) metrów drogą wyłożoną płytami (jak to bywa w okolicach promów). I znów ulga dla naszych zadków - ancfalcik. W Kosinie wpadliśmy na główną drogę, znak "Radomyśl 14" niezbyt nas ucieszył (oj, już byśmy wskoczyli do wody!).

W Borowie natknęliśmy się na odpust Matki Boskiej Szkaplerznej. Całe szczęście obeszło się bez strat w miejscowej ludności, która tłumnie podążała główną drogą. I na nieszczęście dla Sławka - nie zatrzymaliśmy się w celu nabycia mu drogą kupna lalki i pierścionka.

Do Nowin wpadliśmy pełni nadziei, że budka Złoto Ameryki będzie "czynna". Nie było jej wcale. Po przetestowaniu stanu temperatury wody, Misiek rozłożył koc i rozpoczął przyjątko. Mało osób było przygotowanych na wodne (w przeciwieństwie do słonecznych) kąpiele, więc zalegli na trawce. Sławek i jego nimfy natomiast wydurniali się we wodzie ze Źwierzem, którego uprzednio wyżej wymieniony wydymał.

Zapewne z nudów i braku budki z solą trawiarze zarządzili powrót. Więc tym razem nie byczyliśmy się w Nowinach nie-wiadomo-ile-godzin. Postój oczywiście w najbliższym sklepie - naszym ulubionym Markecie w Radomyślu. Tutaj odbyła się rozmowa na tematy informatyczne - głównie o umiejętnościach, którą - o ile mnie pamięć nie myli - rozpoczął Stachu, hehe.

Ostatnie 19600m przejechaliśmy bez postojów. Ops, przepraszam - już na ulicy Powiśle czoło przystanęło pod drzewem w celu poczekunku na resztę (która, de facto, dojechała prędzej niż się spodziewali; ale skoro już przystanęli...). Rozstaliśmy się przy barze Retman, gdzie ja i Misiek zatrzymaliśmy się w celu zakupienia prowiantu na wieczór. Pod Zamkiem napotkaliśmy Olę i Maćka, który wybierał się jeszcze w zabójczą podróż rowerem do Połańca. (wiadomość z ostatniej chwili - nie dojechał)

Wycieczka całkiem przyjemna (dość krótka /65km/ i z postojem nad wodą), choć końcówka męcząca. W końcu to pierwszy tak upalny dzień od niepamiętnych czasów!!!