|Buda Stalowska jesienią|
     

Obudziłam się za pięć ósma, spojrzałam za okno i głośno powiedziałam, co sądzę na temat tego deszczu, którego jeszcze kilka godzin wcześniej nie było. Po szybkich konsultacjach z Ewą postanowiłam jednak wykorzystać okazję i wybrać się na wycieczkę. Chwilę po 9 stawiłyśmy się obie pod Bramą, gdzie czekali na nas pozostali nieustraszeni - Fuji (który miał ochotę na Bałtów), Paweł (który przygotował się na Bałtów i nawet w domu zapowiedział, że wróci wieczorem) oraz siłą wyciągnięty na rower Sławek (który wraz z nami zbojkotował Bałtów). Zachciało nam się jechać po raz kolejny "po płaskim". Padło ponownie na Krawce oraz Budę Stalowską (ale tak się złożyło, że skład od zeszłego tygodnia całkiem się zmienił, więc nikt nie marudził, że znowu to samo).

Do Grębowa prowadził zastępca Stacha w sprawach logistycznych - Sławek. Tak w ogóle to na trasie naliczyliśmy z Fujim przeszło 6 cech i zachowań, które wyżej wymieniony przejmuje po sta... przepraszam! doświadczonym życiowo logistyku. Paweł ostrzegł nas, że jak tak dalej pójdzie, to za tydzień Sławek podjedzie pod Bramę od strony ulicy Żeromskiego :P

W Grębowie oczywiście postój na rynku. I zakupy w sklepie tym-co-zawsze. Mieliśmy pecha (ale przecież i duuużo czasu), bo za ladą stała "baba, która wolno obsługuje". Inną jej wadą była upierdliwość, a może raczej nadwrażliwość - zostałam opieprzona za "głośne mówienie". Stojąc w kolejce ustalaliśmy, co kupić, a co nam potrzebne: chleb po przecenie ("faramka, weź dwa do domu!"), mąkę ("będziemy się obsypywać!") i soczek DoNdoni, a do tego kefir na kaca po grzybkach halucynogennych. W tym też sklepie zaginęła czapka zastępcy logistyka (hmm, logistycy mają pecha do kaszkietówek), przez co miał być chory i wymagający odwiedzin. (Nie)stety nieoczekiwanie chwilę po wyruszeniu w stronę Wydrzy znalazła się na głowie Fujiego (nie miałam z tym nic wspólnego - przysięgam!). Ale, ale... zanim wyjechaliśmy z Grębowa zostaliśmy uraczeni pysznym waflem przyrządzonym na słodko przez Pawła (bez dwóch zdań - zostaje naszym equipowym kucharzem!). Aha, a Ewie dostało się też banana, takiego owoca.

Za Wydrzą Ewa krzyknęła "staje w krzakach!", ale z późniejszej relacji chłopaków wynikło: "nieprawda!" (Paweł), "nic nie czułem!" (Fuji), "nawet nie drgnął!" (Sławek). Odcinek do Krawców był przecudnie jesienny - wzdłuż drogi kolorowe drzewa... A i mokry po nocnym deszczu - Fuji ślizgał się na butach i rowerze po asfalcie.

Po dotarciu do Krawców i uzyskaniu od miejscowej kobity potrzebnej do dalszej trasy informacji - skręciliśmy w prawo, na drogę prowadzącą przez poligon. Znaczy: nudny, prosty, prosty, prosty kawałek przyzwoitym asfaltem (bez dziur, co umożliwia przyśnięcie). Na krzyżówce po 10km zrobiliśmy postój, zarządzony przez zastępcę logistyka, a spowodowany mocnym odczuwaniem tidiritkum ciamciaramciam.

Przy altance w Budzie Stalowskiej zjawiliśmy się zaraz po popołudniu. Nie było Dziabąga - nie było ogniska. Ale za to mieliśmy Pawła i jego sakwy wypchane jedzonkiem. Tym razem wyciągnął kanapki z czymś mięsnym, a co kupuje, bo jest tego dużo i tanio. Oczywiście nie mogły się zmarnować, więc pomogłam je "usuwać" z ławki (wcale nie jestem sęp!).

Droga powrotna - pod wiatr... Ale przecież to pikuś w porównaniu z wmordewindem z pożegnania lata! W Stalach dostałam smsa od Emy z "buziakami dla wszystkich", Paweł pogroził, że będą egzekwowane w Żupawie, ale okazało się to obiecanką-cacanką, hehe. W lesie przed Furmanami spotkaliśmy pana Zbyszka z żoną, również na rowerach. Ja nie wiem, czemu faceci nie mogą zrozumieć, że łażenie po lesie jest naprawdę przyjemne i nigdy nie jest zupełnie bezcelowe.

Od Furman - trasa doskonale już znana. Chwilę po 14 zatrzymaliśmy się pod sklepem w Sokolnikach, jak dwa tygodnie temu - na Frumencika. I... banany, które, za przeproszeniem, Paweł postawił reszcie (źle wyliczył, bo Fuji odłączył się w poprzedniej wiosce, ale przecież nic w przyrodzie nie ginie). Do prawobrzeżnego Sandomierza wjechaliśmy ok. 14:30, pożegnaliśmy się ze Sławkiem, następnie w liczbie trzech cyklistów przekroczyliśmy Wisłę i udaliśmy się w stronę domów.

Na zakończenie chciałam dodać, że wycieczka, choć nieliczna w składzie, była udana, co jest połowiczne zasługą pogody, która uraczyła nas słoneczkiem właściwie na całej trasie (z wyjątkiem paru kropel deszczu, które spadły na nas w Sokolnikach - jedna niemal podbiła mi oko). A za całą resztę "udaności" dziękuję obecnym :)

PS. Wiecie, że w Orliskach są wykopaliska piasku???