|Rozpoczęcie sezonu 2006|
     

"A bo wczoraj Ryśka było..."

Plany zaczęliśmy snuć już we wtorek,  kiedy to na portalach internetowych zapowiadano bardzo przyjemną pogodę na niedzielę. Szybko rozesłane wici, ludzie już wiedzą, w środę jednak pojawiły się prognozy deszczowe. Klasyka. Mimo wszystko jedziemy - spotkanie klasycznie pod Bramą Opatowską, u stóp pomnika Solidarności, gdzie jakiś człowiek z zapędami do debilizmu wymontował wszystkie ławki. Zjawiają sie starzy wyjadacze, niektórzy lekko zmęczeni, bo niefortunnie dano ichnim śfagrom na chrzcie Rysiek, a jak wiadomo "wszystkie Ryśki to porządne chłopy" i na imieninach trza było wypić. Szczególnie Stachu tak świętował zdrowie swego śfagra, ze jego własne strasznie mu się pogorszyło.

Pogoda wyśmienita, można na lajcie jechać w spodenkach.

Trochę walki przy ustalaniu trasy, gdyż jest powódź i niektóre "rzeczy" mogą być zalane i nieprzejezdne, może padać "za Wisło", a w dodatku nie jedźmy daleko, no bo jeszcze człek zastany.

Zatem - Radomyśl - miejsce bardzo przez nas lubiane, niedaleko, spokojnie, po prostym i ancfalcie. Skład wycieczki możecie prześledzić na fotkach - brakło Pana Doktora z przyczyn zupełnie niejasnych i wuja Zena, gdyż mu się noga zegła w drugą stronę, jak próbował "szturchnąć" psa - w ramach zabawy oczywiście.

"Rozpędówka"

Od razu mocno dajemy w pedało - głód wizji umykającego spod kół asfaltu daje znać o osobie. Omijamy nasze ulubione przeprostki i mostki, gdyż wielka woda mogłaby nas nie przepuścić. Zahaczamy Sokolniki, skręcamy tu i ówdzie, aby dokonać pierwszego postoju w Zaleszanach - na ławce, przy której to miejscowa ludność składa ofiary z pasztetu bogowi "zagrycha", dokonujemy konsumpcji tego i owego i z bolącymi zadkami ruszamy dalej.

"W Radomyśli"

Droga zleciała szybko (w końcu to 20 kilosów z hakiem). Wynajdujemy "parizol" pod sklepem, rozsiadamy się i z całym dobrodziejstwem inwentarza dokonujemy konsumpcji. Okazuje się, iż oprócz tak klasycznych "przetworów" niektórzy wyposażyli się w termosy z kawą i kanapki. Dowiadujemy się, iż Polacy żywią się w Alpach sałatą, a Wodecki to łobuz. Przy okazji chciałem zaznaczyć, iż w Radomyśli jest pierwszy w podkarpackiem sklep z ruchomymi schodami!!! Trzeba to samemu zobaczyć. Po półgodzinnej sielance ruszamy w drogę powrotną.

"Lekko kurde pod wiatr".

Na moście nad Sanem pacyfikujemy autochtona, który uwiecznia nas na fotografii. Ruszamy szybko do domciu, bo tam rosoły czekają. Po drodze zauważamy, iż ktoś sprywatyzował naszą rurę, na której mieliśmy zwyczaj odpoczywać. Świat się zmienia... niestety... Kręcimy i kręcimy, lekuchno nam dmie i dają sie zauwazyć pierwsze oznaki zimowego zastoju. Odpoczynek na przystanku, gdzie to opróżniamy podręczne spiżarnie, niektórzy dokonują cudów akrobacji, niektórzy atakują moją prywatną nogę w celu sprawdzenia oryginalności "nadruku". Kilka głębszych wdechów i na rower.

"To my już na rosoła".

Przed 15 już jesteśmy pod zamkiem - krótkie pożeganie i do... nastepnej niedzieli :)