|Wybrzeżem Bałtyku by Jolka|

Uczestnicy  wyprawy „WYBRZEŻEM  BAŁTYKU”: Stachu, Piotr, Paweł (Galfa), Andrzej (Amra), Paweł (Lampart), Paulina (Faramka), Piotrek (Lewy), Michał (Krzychu) i  ja (Joluś).

 

6  sierpnia (sobota)

W  ten  dzień  do  godziny  13:00  musiałam  być  już  spakowana, za  to  reszta  uczestników  miała  na  to  więcej  czasu. A  czemu  to  tak? Bo  Faramka  będąc  na  zakupach  w  Tarnobrzegu  wraz  z  Lewym  zabierała  moje  tobołki, które  dzisiaj  były  od  wszystkich  zbierane  i  pakowane  do  małego  lecz  pojemnego  bo  przerobionego (bez  tylnego  siedzenia) Seicenta  Piotra. W  sumie  całe  to  pakowanie  zajęło  mi  niecałą  godzinę. Wszystko  zmieściło  się  w  jednej  torbie, w  której  pozostało  jeszcze  trochę  miejsca. FA  jak  ją  zobaczyła  to  się  ucieszyła, że  mała, ale  Lewy  gdy  ją  wziął, to  powiedział: mała  ale  ciężka... No  cóż - bo  dobrze  poukładane... Jak  i  co  się  działo  dalej  z  resztą  bagażów  equipy, to  tego  niestety  nie  wiem...

 

7  sierpnia (niedziela)

Dziś  rano  około  godziny  9:00  Stachu  wraz  z  Lampartem  wyjeżdżali  zapakowanym  i  opisanym: „WYBRZEŻEM  BAŁTYKU”  www.bike.sandomierz.org  (Servic  Car)  Seicentem  w  trasę... Lecz  tak  naprawdę  wyjazd  się  opóźnił  gdyż  Lampart  musiał  się  wpakować  ze  swoimi  rzeczami, co  podobno  trochę  potrwało... Natomiast  my  swoją  podróż  zaczynaliśmy  o  godz. 17:30  spod  Bramy  Opatowskiej. Lecz  tak  naprawdę, każdy  zaczął  wcześniej, gdyż  musiał  dojechać  pod  tą  bramę, pod  którą  ja  byłam  już  ok.  16:30. Czemu  tak  wcześnie? Ponieważ  byłam  umówiona  z  koleżanką  i  chciałam  sobie  z  nią  trochę  pogadać...

Gdy  już  zbliżała  się  umówiona  godzina  zaczęła  pojawiać  się  equipa. Pierwszy  ukazał  się  Krzychu, a  dalej  w  kolejności  kto  był  to  tego  już  nie  wiem. Lecz  wiem, że  FA  przyjechała  ostatnia  i  czekaliśmy  jeszcze  na  jej  rodziców, którzy  przed  wyjazdem  pstryknęli  mam  pamiątkowe  zdjęcie (trochę  było  z  tym  problemu  i  sesję  trzeba  było  powtórzyć). A  po  zdjęciach  w  drogę... Przejazd  przez  starówkę, koło  zamku  i  kierunek  na  most, a  potem  na  Stalowa  Wola – Rozwadów  do  pierwszej  stacji  PKP. Przed  Stalową  mieliśmy  mały  postój  na  posiłek, gdyż  odzywał  się  spragniony  brzuszek. Potem  stacja  PKP, zakup  biletów  ale  okienko  zamknięte! Więc  ładnie  pukam  w  szybkę  i  okienko  otwarte, ale  także  przechodzimy  przez... przeżycie  zdziwienia, zadziwienia  gdyż  nasz  pociąg, do  którego  wsiadamy  jechał  przez  Sandomierz. I  z  tego  też  powodu  trochę  było  komentarzy  ale  i  śmiechu... Mi  natomiast  podobało  się, że  jechaliśmy  rowerkami  gdyż  z  drugiej  strony  w  Sandomingo  nie  kupilibyśmy  sobie  biletów.

Tak  więc  mając  do  odjazdu  jeszcze  trochę  czasu, postanowiliśmy  wpaść  na  gorącą  kawkę  do  pizzeri  „Quatro”. I  tutaj  Galfa  postanowił  skorzystać  z  WC, ale  nie  wiedział, że  jest  ono  tylko  jednoosobowe  i  przerwał  jakiemuś  tamtejszemu  chłopakowi  jego... potrzeby.

Po  wypitej  kawie  wsiadamy  na  rowery  i  ruszamy  na  stację, gdzie  się  przygotowujemy  do  przyjazdu  pociągu. Gdy  już  nadjechał  pakujemy  i  mocujemy  nasze  rowery  w  wagonach, po  czym  pociąg  rusza. Na  straży  stoi  Amra  wraz  z  Galfą, reszta  natomiast  pakuje  się  do  przedziału  i  Piotr  wyciąga  ogóreczka..., którego  zaczyna  obierać i  kroić  na  ćwiartki. W  tym  czasie  następuje  małe  zamieszanie  na  korytarzu, ponieważ  konduktor  przychodzi  i  mówi, że  nie  znamy  przepisów  PKP, gdyż  z  rowerami  zajmuje  się  pierwszy  lub  ostatni  wagon. Ciekawe  tylko  skąd  mogliśmy  o  tym  wiedzieć??!!! Zresztą  mógł  nam  to  powiedzieć  gdy  ładowaliśmy  rowery, a  nie  stał  i  się  patrzył, a  potem  ma  jakieś  „ale”. To  jeszcze  nie  koniec  atrakcji  w  tym  pociągu, gdyż  potem  chodził  konduktor  i  sprawdzał  bilety. I  oczywiste  jest, że  jeśli  ma  się  wykupiony  bilet  ulgowy  to  potrzebna  jest  aktualna  legitymacja, czyli  z  datą  ważności. A  nasz  Krzychu  takową  posiadał  lecz  nieaktualną  gdyż  ważną  do  2004  roku  i  musiał  potem  na  następnej  stacji  jaką  był  Przeworsk  koło  Rzeszowa  dopłacać. W  Przeworsku  mieliśmy  przesiadkę  więc  musieliśmy  się  wypakować  i  gdy  to  poczyniliśmy  i  pociąg  ruszył  zauważyłam, że  nie  mam  licznika!!! Zaczęliśmy  go  szukać  pomagając  sobie  telefonami  komórkowymi  jako  latarkami, gdyż  była  to  już  godzina  około  22:00, a  do  następnego  pociągu  mieliśmy  z  jakieś  30  minut. Ale  niestety  poszukiwania  miały  mierny  skutek  gdyż  licznika  nie  znalazłam  i  jedyne  wytłumaczenie  gdzie  on  teraz  jest, to  w  tym  odjechanym  niedawno  pociągu, gdzie  musiał  się  odpiąć  w  czasie  wyjmowania  rowerów. Ale  mówi  się  trudno  i  żyje  się  dalej...

Tak  więc  w  tym  wolnym  czasie  Krzychu  poszedł  załatwiać  swoje  sprawy  do  okienka  KASA  i  jakoś  długo  nie  wracał. Więc  w  ślad  za  nim, udała  się  Faramka  wraz  z  Lewym, gdyż  zbliżał  się  czas  naszego  odjazdu. A  gdy  do  nas  już  wrócili, to  powiedzieli, że  z  jakieś  20  minut  przed  naszym  przyjazdem  odjechał  pociąg  do  Świnoujścia (czyli  naszej  pociągowej  mety). Potem  był  komunikat, o  naszym  pociągu, którym  jechaliśmy  do  Wrocławia  wraz  z  informacją, że  z  rowerami  mamy  załadować  się  do  pierwszego  wagonu. Tak  więc  ustawiliśmy  się  na  samym  początku  aby  w  miarę  szybko  się  załadować  i  gdy  nadjechał  pociąg  to  konduktorka  przez  okno  mówi, że  z  rowerami  mamy  iść  do  ostatniego  wagonu!!! Więc  my  wsiadamy  na  nasze  pojazdy  i  pędzimy  jak  piraci  peronowi  na  koniec  pociągu, po  czym  szybko  się  ładujemy  i  już  jedziemy  do  Wrocławia. Lecz  ten  wagon  był  przeznaczony  dla  rowerów  i  oprócz  nas  jechała  jeszcze  inna  młoda  grupa  rowerowych. I  jak  się  okazało  jechaliśmy  w  wagonie  klasy  I. Gdzie  tym  razem  rowery  zajmowały  dwa  przedziały, a  nie  korytarz  a  my  trzeci  i  to  w  luksusie.

I  w  takim  oto  transporcie  jechaliśmy  przez  Rzeszów, Tarnów, Kraków, Katowice  i  cały  Śląsk, Opole  do  Wrocławia. W  czasie  tej  drogi  graliśmy  w  skojarzenia, opowiadaliśmy  kawały, słuchaliśmy  muzyki, trochę  spaliśmy  albo  leżeliśmy  i  po  prostu  czuwaliśmy  i  to  w  różnych  pozycjach... Aby  przygotować  się  na  najgorsze  co  nas  czekało  we  Wrocławiu. Gdyż  mieliśmy  wtedy  tylko  6  minut  między  przyjazdem  naszego  pociągu, a  odjazdem  drugiego  do  Szczecina  tym  bardziej  jeszcze, że  nie  wiedzieliśmy, z  którego  peronu  odjeżdża...

 

8  sierpnia (poniedziałek)

Przygotowując  się  jeszcze  w  pociągu  do  szybkiego  wypakowania  rowerów, mój  znów  przeżył  szok! Otóż  odpadła  od  tylnego  światła  osłonka (taka  czerwona). Ale  i  tak  się  tym  za  bardzo  nie  przejęłam, gdyż  zawsze  przy  większym  uderzeniu  ona  odpada. A  dzieje  się  tak  od  momentu  gdy  kiedyś  przywaliłam  rowerem  o  ścianę  w  piwnicy...

Fakt  faktem  gdzieś  po  godzinie  6  rano  dojechaliśmy  do  Wrocławia, ale  niestety  z  małym  opóźnieniem  i  nasz  kolejny  pociąg  do  Szczecina  jak  powiedziała  konduktorka: odjechał... Ale  nie  byliśmy  straceni! Bo  po  oględzinach  rozkładu  jazdy  pociągów  okazało  się, że  mamy  kolejny  gdzieś  około  7:34 (nie  pamiętam  dokładnej  godziny) i  to  prosto  do  Świnoujścia  już  bez  żadnej  przesiadki!!! Tak  więc  kierujemy  się  do  okienek  gdzie  dowiemy  się  co  mamy  zrobić  dalej  z  tymi  już  wcześniej  wykupionymi  biletami. Tutaj  już  rozmowę  prowadzi  Piotr, a  my  stoimy  za  nim  i  czekamy  co  będzie  dalej. Potem  z  tego  okienka  kierują  nas  do  następnego  z  numerem  3  albo  4. I  okazuje  się, że  musimy  dopłacić  tylko  0,78  groszy  i  możemy  jechać  dalej. Więc  robimy  szybką  zbiórkę  i  zaraz  mamy  bilety. Potem  chodzimy  po  wielkiej  stacji, na  której  można  dostać  wszystko, a  wygląda  ona  jak  centrum  handlowe  i  szukamy  jakiegoś  lokum, gdzie  można  zaspokoić  podniebienie. Gdy  już  znaleźliśmy  co, to  niektórzy  rzucają  na  ruszt  kawę  albo  omleta. Piotr  poszedł  do  kiosku  i  zakupił  gazetę  sportową  ale  niestety  czytanie  było  kiepskie, gdyż  zapomniał  o  zabraniu  okularów  z  domu  i  zaspokoił  się  opadłym  omletem. Natomiast  reszta  dobrze  czytająca  zaczęła  przeglądać  tą  gazetę. I  tak  sobie  siedząc  zbliża  się  powoli  godzina  naszego  opuszczenia  tego  lokum. Lecz  okazuje  się, że  Lewy  nie  dostał  jeszcze  swojego  zamówionego  posiłku. Jednym  słowem  kasę  wzięli, a  o  kliencie  zapomnieli! Ale  poszedł  załatwić  sprawę  i  dostał  zwrot  należności. Teraz  już  się  stąd  wymykamy  i  zmierzamy  na  peron. Lecz  Faramka  i  Lewy  wstępują  jeszcze  do  kiosku, a  gdy  już  wychodzą  to  my  powoli  idziemy  i  prowadzimy  rowery  natomiast  oni  na  nie  wsiadają. I  czająca  się  nieopodal  policja  zatrzymuje  ich  i  chce  wlepić  mandaty, za  jazdę  po  stacji! Ale  mundurowi  na  szczęście  mieli  dobry  poranek, ponieważ  Faramce  i  Lewemu  udaje  się  uniknąć  wlepienia  kartki. Tak  więc  dalej  bardzo  grzecznie  idziemy  do  pociągu  i... szok!!! Mamy  wagon  rowerowy!!! Nareszcie  mamy  pełny  komfort  bo  nie  musimy  upychać  i  myśleć  o  rowerach. Gdyż  teraz  elegancko  je  wieszamy  na  hakach  i  możemy  na  nie  spokojnie  spoglądać  z  przedziału. I  pociąg  rusza... jedziemy  trasą  krajoznawczą (tak  nam  powiedziała  pani  w  okienku), która  wiedzie  przez  Zieloną  Górę, Rzepin, Kostrzyn, Gryfino, Szczecin, Wolin, Międzyzdroje  do  Świnoujścia. Cały  wagon  jest  nasz, ponieważ  kiedy  ktoś  wchodził  konduktorki  mówiły: to  wagon  rowerowy  i  proszę  się  cofnąć. Lewy  bardzo  się  z  tymi  paniami  zaprzyjaźnił, co  było  widać  czystym  okiem! Czyli  podryw  kontrolowany!!! Natomiast  mój  rower (który  już  tyle  przeżył  przez  ostatnie  godziny) spodobał  się  panom, którzy  pilnują  w  pociągu  porządku  coś  jak  straż/ochrona  pociągowa. Ale  nie  ma  mowy, ja  nigdy  bym  tego  mojego  cacka  nikomu  nie sprzedała!!! I  tak  jak  poprzednio  to  i  tym  razem  spaliśmy, graliśmy  w  skojarzenia, czytaliśmy  gazetę  oraz  oglądaliśmy  zmieniający  się  za  oknem  krajobraz (zresztą  to  była  trasa  krajoznawcza!). W  Szczecinie  był  krótki  postój, więc  parę  osób  wyskoczyło  do  sklepu  po  coś  na  wzmocnienie  organizmu. Ja  i  Faramka  akurat  wtedy  zostałyśmy  zbudzone  ze  snu  czy, aby  nie  mamy  jakieś  potrzeby  sklepowej... I  tutaj  dosiadła  się  jakaś  rodzina  również  z  rowerami, która  jak  wynikło  z  rozmowy  jechała  do  Wolina  a  stamtąd  do  Świnoujścia. My  natomiast  postanowiliśmy  jechać  do  Międzyzdrojów  i  stąd  ruszać  rowerami, ponieważ  gdybyśmy  jechali  tak  jak  zamierzaliśmy, to  bardzooo  późno  byśmy  dojechali  do  namiotów, a  tym  bardziej, że  mieliśmy  opóźnienie  przez  ten  Wrocław.

Tak  więc  jechaliśmy  pociągiem  około  21  godzin  zwiedzając  południe  i  zachód  naszej  Polski, aby  gdzieś  po  godzinie  17 -tej  dnia  dzisiejszego  wysiąść  z  pociągu  w  Międzyzdrojach, przywitać  się  z  czekającym  na  nas  Servic  Car (czyli  Stachem  i  Lampartem) i  dalej  jechać  na  rowerach  do  Dziwnowa. I  tak  jechaliśmy  sobie  przez  Woliński  Park  Narodowy, w  którym  znajduje  się  rezerwat  żubrów. Ale  my  do  niego  nie  wstępowaliśmy  gdyż  musielibyśmy  trochę  zbaczać  z  drogi. I  jechaliśmy  dalej  przez  Grodno  do  Wisełki, gdzie  w  czasie  tej  drogi  widzieliśmy  pole  golfowe, ja  oczywiście  coś  takiego  widziałam  pierwszy  raz  na  oczy, a  jak  reszta  to  nie  wiem... W  Wisełce  postanowiliśmy  zażyć  morskiej  kąpieli  i  nacieszyć  oczy  pełnym  morzem!!! Zrobiliśmy  oczywiście  pierwsze  nadmorskie  w  wodzie  fotki  i  ruszyliśmy  dalej  bo  czas  nas  naglił. Następnie  jechaliśmy  przez  Kołczewo  później  po  prawej  stronie  mijaliśmy  J. Koprowo  i  przez  Międzywodzie  dojechaliśmy  do  Dziwnowa, gdzie  na  polu  namiotowym  „ZEFIR”, były  już  rozbite  nasze  namioty  przez  Stacha  i  Lamparta. Pierwsze  osoby, które  dotarły  tu  na  rowerach  to  ja, Faramka  i  Krzychu, a  potem  za  jakiś  czas  reszta. Gdy  była  już  cała  equipa  nastąpiło  rozmieszczanie  w  namiotach. A  ponieważ  jeden  się  nie  nadawał  więc  uzgodniono, że  w  każdym  namiocie  są  trzy  osoby, aby  było  po  równo. A  więc  namiot  pierwszy  to: ja, Faramka  i  Lewy; namiot  drugi: Stachu, Krzychu  i  Lampart; namiot  trzeci: Amra, Piotr  i  Galfa. I  zawsze  w  takiej  kolejności  były  rozstawiane  namioty. Po  załatwieniu  namiotów  nastąpiło  lokowanie  się  i  rozpakowywanie  oraz  zaprowadzenie  rowerów  do  schowania  w  jakimś  polowym  budynku, a  potem  planowanie  co  będziemy  robić  dalej. Koncepcje  były  różne. Ale  najpierw  był  wypad  do  sklepu  po  coś  na  kolacje, na  którą  miały  być  kiełbaski  z  grilla, ale  niestety  nie  było  ich  w  sklepie  więc  była  jajecznica  zrobiona  przez  Stacha  razem  z  wapnem  bo  ze  skorupkami. W  tym  czasie  kto  mógł, to  szedł  pod  prysznic  aby  się  odświeżyć, ja  oczywiście  też  poszłam. Również  poszłam  razem  ze  Stachem, Lampartem  i  Krzychem  na  plaże. Lecz  Lampart  i  Krzychu  wyprzedzili  mnie  i  Stacha  i  w  pewnym  momencie  zniknęli  nam  z  pola  widzenia. Ale  doszliśmy  na  plaże  nigdzie  nie  widząc  tych  dwóch, więc  potem  udaliśmy  się  do  miejsca  gdzie  statki  wypływają  w  morze  i  tam  też  ich  nie  było! Zapadli  się! Zniknęli! No  to  idziemy  do  jakiegoś  rybaka  aby  z  nim  pogadać  o  rybach... Okazuje  się, że  to  jakiś  nie  tutejszy  i  mówi  łamaną  polszczyzną  z  początku  trudno  go  było  nam  zrozumieć  ale  jakoś  się  dogadaliśmy. Pokazał  nam  ryby  jakie  łowi  i  były  to  okonie (heh  od  razu  zgadłam  co  to  za  ryba). Następnie  wróciliśmy  na  pole  namiotowe, a  potem  wybraliśmy  się  na  miasto  szukać  jakiegoś  lokum  z  muzyką!!! Ale  poszedł  Stachu, Amra  i  ja  gdyż  reszta  była  zmęczona  i  nie  miała  ochoty  gdziekolwiek  iść, więc  poszła  lulu... Idąc  na  miasto  zostaliśmy  zatrzymani  przez  zwodzony  most  nad  Zalewem  Wrzosowskim, tzn. płynęły  statki, a  że  maszty  miały  wysokie  to  most  został  podniesiony, przez  który  przebiega  droga. Po  opuszczeniu  mostu  przeszliśmy  na  drugą  stronę, wbijając  się  w  serce  tego  miasteczka  na  najbliższy  dancing. Wraz  ze  Stachem  zaczęłam  szaleć  na  parkiecie  tańcząc  i  wygłupiając  się, a  Amra  poszedł  do  stolika. Parkiet  był  nasz, na  którym  byliśmy  chyba  okazem, bo  każdy  się  na  nas  patrzył, a  my  uśmiechnięci  tańczyliśmy  do  samego  końca! Amra  w  pewnym  momencie  się  ulotnił  pozwiedzać  miasto, ale  potem  jak  wrócił  to  też  sobie  potańczył. Gdy  już  muzyka  ucichła  siedzieliśmy  przy  stoliku  i  gadaliśmy, a  potem  około  godziny  2  postanowiliśmy  wracać. Idąc  jeszcze  raz  przez  ten  most  było  widać  i  słychać  pluskające  się  w  wodzie  rybki. I  kierując  się  na  nasze  pole  namiotowe  nieoświetloną  drogą  minęliśmy  je!! Zorientowaliśmy  się  w  momencie  gdy  zaczął  się  las, a  skończył  chodnik, z  którego  już  dawno  zeszliśmy. Więc  teraz  powrót  i  szukanie  naszego  pola... Gdy  już  je  znaleźliśmy, to  wbiliśmy  się  w  namioty  aby  iść  spać. I  gdy  tak  sobie  leżę  słyszę  jak  Stachu  robi  pobudkę  u  siebie  w  namiocie, bo  zginęła  mu  podusia (do  której  jest  bardzo  przywiązany), a  mnie  z  tego  względu  ogarnia  śmiech...

 

9  sierpnia (wtorek)

Ranek  przywitał  nas  piękną  słoneczną  pogodą. Tak  więc  pobudka, mycie  się, szybkie  śniadanko, składanie  namiotów  i  w  drogę..., by  gdzieś  po  drodze  wykąpać  się  w  morzu. Ale  to  nie  taka  prosta  sprawa!!! Bo  pobudka  szła  kiepsko! Ostatni  wstał  Krzychu  i  jeszcze  jego  zadaniem  było  złożenie  namiotu. Niestety  robił  to  razem  z  Lampartem, który  go  uczył  jak  to  się  robi. Aha  jeszcze  Lampart  wczoraj  wieczorem  kupił  gdzieś  na  mieście  tą  kiełbaskę  na  grilla, ale  niestety  nikogo  nie  było  by  ją  smażyć, a  jemu  samemu  chyba  się  nie  chciało  jej  robić, więc  sobie  odpuścił  i  została  zapakowana  w  samochód. Ale  co  dalej  z  tym  porankiem... Otóż  Stachu  nie  mógł  dotrzeć  pod  prysznic, gdyż  cały  czas  ktoś  mu  wchodził. Ale  zdążył  nim  łazienka  została  zamknięta, gdyż  była  potem  myta, no  ale  już  Piotr  nie  zdążył  wejść  i  podładować  sobie  telefonu. Nawet  nie  pomogło  pukanie  ani  proszenie  o  wpuszczenie! Także  gdy  spakowaliśmy  nasze  bagaże  w  auto  Stachu  przypomniał  sobie, że  nie  ma  nic  ciepłego  na  drogę, a  szanse  na  dostanie  się  do  torby  są  marne, więc  Piotr  pożycza swoją  bluzę. Pozostała  jeszcze  recepcja, z  którą  rozlicza  się  Piotr, a  potem  my  z  nim, następnie  idziemy  po  nasze  rowerki, pstrykamy  pamiątkowe  zdjęcie  i  w  drogę...

Teraz  Servic  Carem  jedzie  Piotr  do  naszego  kolejnego  celu  jakim  jest  Ustronie  Morskie, a  my  oczywiście  rowerkami. I  tyle  co  wyjechaliśmy  już  stoimy, ponieważ  podniesiony  jest  ten  wczorajszy  most. Po  opuszczeniu  mostu  ruszamy  spoko  drogą  przez  Dziwnówek, Radawkę, Łukęcin, Pobierowo  i  tutaj  robimy  mały  przystanek  na  stacji  benzynowej, aby  się  trochę  rozebrać, gdyż  zaczyna  się  robić  gorąco!!! Stachu  daje  mi  na  schowanie  bluzę  Piotra, a  ja  ją  przekazuję  Galfie. Potem  ruszamy  dalej. Mkniemy  na  Rewal  tu  omijamy  latarnię, ale  docieramy  do  Niechorza  gdzie  pod  sklepem  „ABC”  robimy  postój. Tutaj  gdy  stanęliśmy  okazało  się, że  brakuje  Amry  i  zaczęliśmy  się  zastanawiać  gdzie  się  on  podział?! Otóż  okazało  się, że  pojechał  sobie  dalej  nie  widząc  naszego  prawego  zjazdu  na  postój, a  jak  zawrócił  to  mówił, że  miał  telefon. Dobrze, że  zauważył  nasz  brak  i  zawrócił, bo  tak  to  by  pojechał... A  pod  tym  sklepem  gdzie  jest  wszystko  od  A  do  C, jedni  popijali  energetyzujące  napoje, a  Krzychu  z  Lampartem  delektowali  się  goframi  z  niedalekiej  budki. Gdy  tak  sobie  tutaj  staliśmy  postanowiliśmy  odwiedzić  tutejszą  latarnię  i  się  na  nią  wdrapać!!! Ale  nim  do  niej  dotarliśmy, to  trochę  pobłądziliśmy  po  Niechorzu  i  dzięki  wskazówkom  turystów  nareszcie  trafiliśmy! Okazało  się, że  latarnia  spoko! Ale  aby  na  nią  wejść  musielibyśmy  czekać  do  wieczora, bo  kolejka  na  nią  była  ogromna!!! Więc  jednogłośnie  zrezygnowaliśmy  z  opcji  wspinaczki. Jedynie  popstrykaliśmy  kilka  fotek. Ja  poszłam  poszukać  dobrego  ujęcia  dla  tej  latarni, inni  natomiast  ujmowali  w  aparacie  mapkę, albo  poszli  do  WC. Po  tych  wszystkich  operacjach  zabieramy  się  w  dalszą  drogę, powoli  prowadząc  rowery  spod  latarni, gdyż  tłum  turystycznej  ludności  jest  duży. Potem  wsiadamy  i  ruszamy  na  Pogorzelicę, jedziemy  trasą  rowerową, która  urywa  nam  się  przed... jednostką  wojskową! Ze  stacjonującym  tam  żołnierzem  próbujemy  się  jakoś  dogadać, ale  jest  on  jakoś  mało  rozmowny  i  z  chęcią  by  w  nas  pewnie  wycelował!!! Mamy  teraz  dwa  wyjścia. Pierwsze  to: dotrzeć  do  plaży  i  jechać  wybrzeżem (krótsza  droga), a  drugie  to: powrót  i  jechać  główną, a  zarazem  dłuższą  drogą  na  Trzebiatów. Większość  jest  za  tą  pierwszą  opcją  i  ruszamy  w  stronę  plaży. W  drodze  na  nią  ja, Lampart  i  Krzychu  spotykamy  rowerzystów, którzy  mówią, że  jest  droga  przez  tą  niby  jednostkę  i  faktycznie  ogrodzenia  nie  ma, więc  skręcamy  ale  reszta  equipy  nie  chce  tamtędy  jechać, to  musimy  zawrócić  i  jechać  na  tą  plażę. Gdy  już  słyszeliśmy  wyraźny  szum  morza  pozostało  nam  do  przedarcia  się  przez  wielki  wał  piachu, za  którym  była  plaża! No  to  teraz  wsiadamy  na  rowery  i  jedziemy  przed  siebie  wzdłuż  wybrzeża  do  pierwszego  zejścia  z  plaży. Ale  niestety  Amra  z  Galfą  rezygnują  z  jazdy  i  idą  na  piechotę. Natomiast  reszta  wsiada  i  jedzie  utrzymując  równowagę  na  rowerach, gdyż  uderzające  fale  powodują  czasami  niepewny  grunt  na  piachu. Ale  jak  się  znalazło  dobrą  technikę, to  można  było  jechać  w  miarę  szybko  i  gładko. Tylko  problemem  stanowił  piach, który  wchodził  wszędzie, a  najbardziej  w  łańcuch, który  jak  zaczął  mi  zgrzytać, to  przeczuwałam  najgorsze. Jeszcze  w  dodatku  całe  opony  były  nim  oblepione  i  bardzo  ciężko  mi  się  jechało, gdy  nie  omyła  ich  jakaś  fala, do  tego  jeszcze  przemoczone  buty... Po  kilku  kilometrach  odpoczynek  i  czekanie  na  resztę, czyli  piechurów. Gdy  do  nas  dotarli  znów  wsiadamy  na  rowery. W  tym  momencie  miałam  zamiar  prowadzić  już  rower  plażą  jak  Galfa  z  Amrą, ale  zrezygnowałam  z  tego, gdyż  stwierdziłam, że  już  lepiej  będzie  mi  jechać. Więc  ruszyłam... omijając  Faramkę, która  przystanęła  później  przy  Lewym  i  dotarłam  do  Stacha, przed  którym  jakiś  spory  kawałek  jechał  Lampart  z  Krzychem. Później  Ci  dwaj  się  zatrzymali  następnie  Stachu, a  gdy  ja  do  nich  dojeżdżałam  coś  zaczęło  mi  przepuszczać  pedało  i  dziwnie  mi  się  jechało, co  przypuszczam  było  spowodowane  dużą  ilością  piachu  we  wszystkich  ruchomych  mechanizmach. Więc  gdy  już  do  nich  dotarłam  postanowiłam  zejść  z  roweru  i  dalej  go  prowadzić  plażą. To  samo  zrobił  Stachu, z  którym  potem  szłam  i  gadaliśmy  sobie  o  tym  pomyśle. Idąc  plażą  wybierało  się  taką  drogę  gdzie  suchy  piach  był  ubity  czyli  nie  sypki, gdzie  się  nogi  nim  zasypywały. Stachu  zbierał  sobie  nadmorskie  kamyczki, natomiast  ja  wsłuchiwałam  się  w  szum  fal  i  tą  ciszę. Potem  przed  nami  również  piechotą  szedł  Lampart  z  Krzychem. I  tak  sobie  idąc  natknęliśmy  się  na  wielkie  stado  mew, które  zagościły  na  plaży. A  szalony  Krzychu  rzucając  rower  zaczął  za  nimi  biegać... Potem  trochę  jakoś  zwolniłam  tempa  i  Stachu  dotarł  do  tych  dwóch  idących  przed  nami. Od  tej  pory  szłam  sama, a  później  postanowiłam  trochę  się  rozebrać, aby  złapać  słonecznych  promieni... I  tylko  wyglądałam  końca... Natomiast  piach  na  rowerze  pod  wpływem  wiatru  i  słońca  wysechł  i  łatwo  schodził  gdy  potarło  się  go  ręką. Nareszcie, w  końcu  ujrzałam  koniec  i  gdy  dotarłam  do  Stacha, Lamparta  i  Krzycha  byłam  wykończona  tym  ciężkim  spacerem, który  wynosił  5  km, a  sama  jazda  3. Więc  sumą  sum  wyszło  8  km  plażą! A  to  przecież  jeszcze  nie  koniec! Gdy  wszyscy  już  dotarli  idziemy  do  wyjścia  z  plaży, gdzie  wiodą  wysokie  schody, na  które  nie  miałam  nawet  siły  podnieść  roweru! No, w  końcu  ten  mój  waży  18  kilo, a  reszty  po  jakieś  12!!! Nie  wiem  kto  mi  pomógł  go  wnieść, ale  wydaje  mi  się  że  Lewy. Potem  schodzimy  trochę  dalej  na  ubocze  aby  się  jakoś  doprowadzić  do  porządku, a  raczej  swoje  pojazdy, które  trzeba  otrzepać  teraz  z  piachu. I  gdy  tak  wycieram  swój  rower  nagle  coś  mocno  uderza  mnie  w  głowę. Potem  spoglądam  na  ziemię  i  widzę  szyszkę! Od  razu  sobie  pomyślałam, że  ktoś  nimi  rzuca  i  rozglądam  się  szukając  winnego  i  pytając  czyja  to  sprawka?! Ale  nikt  się  nie  przyznaje  i  wtedy  spoglądam  w  górę  i  widzę  winnych, a  raczej  winne  drzewo! No  cóż, taka  już  jest  ta  natura!!! Po  wstępnym  oczyszczeniu  wsiadamy  i  jedziemy  ścieżką  między  tymi  drzewami  czasami  schodząc  i  wprowadzając  rowery, gdyż  podjazd  jest  zbyt  wysoki  i  oczywiście  nierówny. Następnie  wyjeżdżamy  na  jakąś  kamienną  drogę, która  wiedzie  nas  do  Mrzeżyna, gdzie  powróciły  wspomnienia, jak  kiedyś  tutaj  byłam... Potem  już  drogą  z  płyt  kierujemy  się  do  Dźwirzyna, gdzie  pod  parasolami  koło  poczty  czeka  na  nas  Piotr, który  przyjechał  rowerkiem  z  Ustronia  Morskiego. Gdy  dojechaliśmy  i  znaleźliśmy  Piotra, rozsiedliśmy  się  koło  niego, zdając  naszą  morską  relację, co  to  niektórzy  zajadali  się  frytkami  ale  za  to  wszyscy  zimnymi  napojami... Po  tym  odpoczynku  ruszamy  dalej, gdzie  prowadzenie  obejmuje  Piotr, aż  do  naszego  celu. Jedziemy  przez  cały  Kołobrzeg  i  robimy  postój  przed  latarnią  w  porcie  gdzie  pstrykamy  sobie  zdjęcia. Po  tej  sesji  ja, Lampart  i  Amra  idziemy  na  promenadę  po  jakieś  widokówki. Niestety  idziemy  ale  nie  widać  ani  jednego  takiego  stoiska, w  końcu  skręcamy  w  jakąś  uliczkę  i  widzę, to  czego  tak  szukaliśmy, a  znajduje  się  to  w  kafejce  internetowej! Oglądamy, wybieramy, płacimy  i  szybko  wracamy  do  zniecierpliwionej  reszty  i  ruszamy  dalej... Jedziemy  przez  cały  Kołobrzeg, w  którym  są  nawet  porobione  ścieżki  rowerowe, przebijamy  się  od  czasu  do  czasu  między  samochodami, aż  wyjeżdżamy  na  drogę  prowadzącą  do  Ustronia  Morskiego  ale... wleczemy  się  za  ciągnikiem! Ruch  samochodowy  jest  duży, a  droga  wąska! Za  nami  jedzie  sznur  samochodów, a  przed  nami  ten  ciągnik  z  dwoma  przyczepami  w  tempie  jakiś  30  km/godz. Mnie  szczerze  mówiąc  zaczął  już  nudzić  ten  sam  jednostajnie  przyspieszony  widok  przede  mną  i  z  chęcią  bym  go  minęła, ale  nie  było  jak  na  takiej  drodze  bo  jak  nie  z  naprzeciwka, to  z  tyłu  wybijał  się  jakiś  samochód. Ale  w  końcu  trafiła  nam  się  ścieżka  rowerowa! Zjeżdżamy  na  nią  i  pędzimy  prosto  do  Ustronia  ale... zatrzymujemy  się  i  czekamy  na  Fa  i  Lewego! Gdy  dojechali, to  ruszamy  teraz  prosto  na  camping  „OGNIK”. Rozbijamy  namioty, chowamy  rowery  w  budynku  i  jedni  idą  do  baru  aby  wrzucić  coś  na  ruszt, a  ja  na  przykład  idę  zażyć  gorącego  prysznicu! Potem  postanawiamy  wyruszyć  w  miasto, tym  bardziej  bo  atrakcją  jest  koncert  gdzieś  na  plaży (takie  chodziły  słuchy) Krzysztofa  Krawczyka. Idą  prawie  wszyscy  bo  Faramka  i  Lewy  zostają  jeszcze  w  namiotach  i  mają  do  nas  dołączyć  potem. Więc  wyruszamy  na  plażę. A  tutaj  Krawczyka  nie  ma, ale  jest  molo!! Idziemy  więc  na  molo, gdzie  ochrzciło  nas  morze! Fale  były  nawet  duże, gdyż  pojawił  się  wiatr  i  jakoś  niebo  nawet  przyciemniało! No  teraz  wracamy  na  drogę  do  miasta  aby  poszukać  jakieś  fajnej  muzyki. Mijamy  jeden  namiot  gdzie  muza  spoko, ale  idziemy  dalej. Trafiamy  na  następny  gdzie  jest  muzyka  to  OK, ale  też  jest  telewizor  gdzie  akurat  jest  mecz  więc  też  jest  OK! No  to  zostajemy!!! I  chodź  kapela  grała  DISCO  POLO, to  było  fajnie. Na  parkiet  wyruszyłam  jako  pierwsza  z  Piotrem, ale  wcześniej  rozegraliśmy  rundkę  w  jakąś  grę  stołową, gdzie  odbijało  się  krążek. No  bynajmniej  próbowało  bo, on  latał  jak  zwariowany (ten  krążek)! I  przegrałam. Natomiast  gdy  zaczęli  śpiewać  „Pszczółkę  Maję”  pojawił  się  na  parkiecie  nawet  Krzycho, którego  to  był  przebój!!!

„Pszczółka  Maja  sobie  lata,

Zbiera  nektar  gdzieś  na  kwiatach,

A  tam  Gucio  w  tulipanie,

Czeka  sobie  na  śniadanie...”

Piosenka  ta  leciała, aż  cztery  razy!!! Potem  znalazła  nas  FA  i  Lewy, którzy  również  pojawili  się  na  parkiecie, a  potem  Stachu. Szef  całej  tej  kapeli  spytał  się  nas  skąd  jesteśmy? Więc  Stachu  odpowiada  i  wtedy  podchodzi  jakaś  kobitka (a  nie  była  sama!) i  mówi, że  jest  z  Kielc  i  zaczyna  tam  się  kręcić  koło  naszego  Stacha... Pod  koniec  disco  ulotnił  się  Lampart  z  Krzychem, a  potem  gdy  po  północy  ucichła  muzyka  zaczęliśmy  się  zbierać  do  wyjścia  i  my. Kapela, która  gościła  była  z  Warszawy  i  grywa  na  weselach, studniówkach  i  takich  tam  uroczystościach... Gdy  wyszliśmy  na  miasto  okazało  się, że  jest  strasznie  wielki  wiatr!!! A  powróciwszy  do  namiotów  umyliśmy  się  i  poszliśmy  spać...

 

10  sierpnia (środa)

Pobudka!! Ale  jak  poprzedniego  dnia  idzie  ona  kiepsko. Dziś  już  nie  przywitały  nas  promienie  słońca. Ale  chmury  oraz  porywisty  wiatr, który  strasznie  wiał  przez  całą  noc, i  czasami  nawet  miałam  wrażenie, że  zmiecie  namiot. Do  tego  jeszcze  gdzieś  nad  ranem  spadł  deszcz! Ale  trudno  trzeba  wstawać  i  ruszać  dalej, bo  dzisiaj  mamy  dojechać  do  Jarosławca!!! Składamy  namioty, a  jest  to  ciężkie, ze  względu  na  wiatr, który  porywa  jego  zewnętrzne  części, które  bardziej  przypominają  teraz  spadochron. Ale  dajemy  radę! Problem  również  stanowi  to, w  co  się  ubrać?! Na  krótko  czy  na  długo. Ale  wiadome, że  coś  od  deszczu  musi  być! Większość  jednak  ubiera  się  na  długo. Wyciągamy  rowery, pakujemy  się, recepcja  uregulowana  i  jesteśmy  gotowi  do  jazdy! Ale  jeszcze  zdjęcie! Dziś  za  kółkiem  Servic  Cara  jest  Galfa. No  i  ruszamy  w  drogę...

Lecz  jeszcze  nie  wyjeżdżamy  z  miasteczka, a  już  postój, gdyż  męska  część  musi  się  przebrać, bo  zrobiło  im  się  gorąco. Stanęliśmy  przy  kiosku, więc  jest  okazja  na  zakup pocztówek. Więc  oglądam  je  wraz  z  Faramką  oraz  Amrą  i  coś  tam  sobie  wybieramy. W  końcu  wsiadamy  na  rowery  i  jedziemy... Nagle  z  naprzeciwka  nadjeżdża  Galfa. Pomylił  drogi??! Otóż  nie! Tylko  jak  się  potem  okazało  skończyła  się  ona, gdyż  dalej  prowadził  szlak  rowerowy. Lecz  nim  do  niego  dotarliśmy  skręciliśmy  w  lewo  i  jechaliśmy  wzdłuż  rzeczki, która  wpadała  do  morza. Dotarliśmy  więc  na  plażę, gdzie  porobiliśmy  zdjęcia  na  tle  wzburzonego  morza, a  kilku  equipowców  nawet  zaatakowało! Więc  ruszamy  dalej, gdzie  po  przejechaniu  tego  leśnego  szlaku, trafiamy  na  latarnię  morską  w  Gąskach. Tutaj  mały  postój  i  dalej  w  drogę  przez  Sarbinowo, Chłopy, Mielenko  dojeżdżamy  do  Mielna, gdzie  robimy  większy  postój, aby  znaleźć  jakiś  sklep  z  narzędziami  bo  Stachowi, chyba  zaczęło  odkręcać  się  pedało. Ale  widzimy, że  jest  to  marny  pomysł, aby  w  takim  ruchu  cokolwiek  znaleźć. Postanawiamy  więc  iść  do  jakiegoś  baru, który  znalazł  Piotr. I  tutaj  zajadamy  się  pierwszą  rybką. Ja  biorę  oczywiście  dorsza!!! Nawet  wyszło  słoneczko, ale  wiatr  nie  przestał  wiać, a  był  taki  nawet  niedobry, że  latały  nasze - już  potem  puste – plastikowe  talerze  wraz  ze  sztućcami, a  także  bryzgała  na  nas  piana  z  lejącego  się  za  nami  piwa! Po  tym  rybim  posiłku  wyruszamy  dalej. Jedziemy  wzdłuż  Jeziora  Jamno, które  mamy  po  prawej  stronie, a  Bałtyk  po  lewej. Krajobraz  jest  po  prostu  bajeczny!!! Wiatr  jest  cały  czas  bardzo  silny  ale  na  całe  szczęście  wiejący  od  tyłu  lub  boku. Przejeżdżamy  przez  Unieście  i  docieramy  do  Łazów. Tutaj  stajemy  przy  jakiejś  wypożyczalni  takich  różnych  pojazdów  a’la  rowerowych  i  Stachowi  przykręcają  to  pedało, gdyż  mają  zestaw  kluczy. Dowiadujemy  się  również, że  jadąc  dalej  prosto, tą  drogą  co  jechaliśmy  wylądujemy  na  plaży. I wtedy  plażą  dojedziemy  do  Dąbek  mijając  po  prawej  Jezioro  Bukowo. Ale  ze  względu  na  taką  wietrzną  i  pochmurną  pogodę  pytamy  się  o  inną  drogę  i  aby  nią  pojechać  musimy  się  cofnąć  i  na  rondzie  skręcić  w  lewo. Tak  też  więc  robimy. I  jedziemy  przez  Osieki, Kleszcze, Iwięcino, Bielkowo, Gleźnowo, Bukowo  Morskie  gdzie  stąd  do  Dąbków  mijamy  z  lewej  strony  Jezioro  Bukowo. Wiatr  robi  się  coraz  bardziej  silny  i  porywisty, ciężko  jest  utrzymać  rower, aby  nie  zostać  zdmuchniętym  z  drogi. Od  czasu  do  czasu  ktoś  wyjeżdża  na  pobocze, mi  akurat  się  to  nie  zdarzyło. Widzę  nawet  chmury, z  których  w  oddali  już  pada  deszcz. Za  Dąbkami  kierujemy  się  przez  Bobolin, Żukowo  Morskie  do  Darłowa, gdzie  spotykamy  Galfę  już  na  rowerze. Teraz  mała  wymiana  relacji. Otóż  do  Jarosławca  mamy  jeszcze  z  jakieś  20  km, droga  jako-tako, bo  trochę  górek  i  ten  wiatr, pod  który  jechał, i  który  dwa  razy  zepchnął  go  z  drogi. Mamy  zamiar  zrobić  sobie  teraz  jakiś  postój. Lecz  nic  ciekawego  nie  widzimy  i  dopiero  za  miastem  zjeżdżamy  do  jakiegoś  baru  ale  tam  lipa! Więc  jedziemy  dalej. Po  drodze  podziwiamy  wiatraki, których  jest  ogromna  ilość  i  świetnie  one  wyglądają!!! Gdzieś  tam  po  drodze  minęliśmy  drogę  rowerową, którą  byłoby  krócej, no  ale  trudno  się  mówi. Przez  Zakrzewo  dojechaliśmy  do  Drozdowa, gdzie  zaraz  z  głównej  skręcamy  w  lewo. Jedziemy  pod  górę. Ale  jest  sklep  i  stajemy  na  postój. Rowery  składamy  i  wchodzimy  do  środka, gdzie  jest  cieplutko  i  milutko. Wtedy  zaczyna  pokrapywać  deszcz  więc  czekamy, aż  przestanie. Małe  wygłupy  sklepowymi  zabawkami  w  wykonaniu  Lewego  trochę  rozluźniają. Ale  ja  wychodzę  ze  sklepu  i  siadam  przed, na  schodach  pod  dachem, bo  zaczęło  mi  robić  się  gorąco, zresztą  tak  byłam  wykończona  tym  wiatrem, że  straciłam  ochotę  na  gadanie. Po  jakimś  czasie  powoli  wychodzi  reszta  z  zamiarem  dalszej  drogi. Więc  ja  biorę  swój  rower  i  wchodzę  na  piechotę  pod  tą  górę  bo  wiem, że  i  tak  nie  wjadę, tym  bardziej, że  już  samo  ruszenie  odbywa  się  na  górze. Nawet  wspinaczka  jest  męcząca  i  jeszcze  ta  pogoda... Większość  wjeżdża  powoli  wymijając  mnie, jedynie  Faramka  i  Lampart  pozostają  w  tyle, bo  chyba  też  wybrali  spacerek. Nareszcie  się  wdrapałam! Wsiadam  i  daję  gazu  by  dogonić  resztę, której  nie  widziałam  przed  sobą. Nagle  pojawił  mi  się  czerwony  kubraczek  Piotra. Więc  dobrze  jadę! Dopędziłam  samotnego  Piotra  i  na  jego  pytanie  mówię, że  jeszcze  FA  i  Lampart  są  gdzieś  z  tyłu. Jedziemy  przez  Barzowice, gdzie  zadawalam  się  zjazdem  z  wielkiej  góry!!! Ale  robi  się  nieciekawie  bo  zaczyna  padać! Stajemy  na  poboczu  z  Piotrem  i  zakładamy  kurtki  od  deszczu, a  ja  jeszcze  chustkę  na  głowę, abym  nie  przewiała  sobie  uszów. Wtedy  jedzie  jakiś  ciągnik, któremu  musimy  jeszcze  bardziej  zejść  z  drogi, bo  on  nie  kwapi  się  do  zamiaru  wjechania  na  asfaltówkę! Gdy  nas  ominął  to  dotarł  do  nas  Lampart  z  FA, którzy  też  się  wściekli  na  ten  rolniczy  pojazd, gdyż  z  tej  wielkiej  góry  musieli  się  za  nim  wlec! I  tak  jak  my  również  ubrali  się  w  kurtki  i  ruszyliśmy  przed  siebie  w  deszczu. Gdy  dotarliśmy  do  Rusinowa, to  na  skrzyżowaniu  czekał  na  nas  Stachu  i  Galfa, aby  wskazać  nam  kierunek  dalszej  drogi. Potem  już  pięknie  pędziliśmy  do  naszego  celu, tylko  miałam  jechać  naprzodzie, abym  nie  była  gdzieś  z  tyłu  i  się  nie  zagubiła. Na  całe  szczęście przestał  padać  deszcz! W  Jarosławcu  wjeżdżamy  na  pole  biwakowe  „ARKADA”, co  upamiętniają  na  zdjęciach  wcześniej  dotarli  Lewy, Krzychu  i  Amra. Nareszcie  dojechaliśmy! Czyścimy  sobie  teren  z  szyszek, aby  nie  leżeć  na  czymś  niespodziewanym, gdyż  nad  naszym  niebem  są  tylko  drzewa  szyszkowe  i  rozkładamy  namioty. Robimy  to  bardzo  szybko, bo  chyba  wszyscy  zmieściliśmy  się  w  czasie  10  minut. Jeszcze  tylko  umocnienia  przed  podmuchami  wiatru, które  robi  Lampart  z  pomocą  Krzycha. Prowadzimy  teraz  rowery  do  jakiegoś  schowka, a  potem  okupujemy  restaurację. Ale  okazuje  się, że  z  posiłków  obiadowych  jest  tylko   schabowy  z  ziemniaczkami  i  zestawem  surówek. Więc  się  tym  zadawalamy. Ja  i  Lewy  łączymy  dwa  stoliki, abyśmy  siedzieli  wszyscy  razem. Stachowi  i  Piotrowi  bardzo  przypadła  do  gustu  kelnerka  czyli  dziewczyna  w  warkoczykach. Jak  zobaczyłam  swoja  porcję  myślałam, że  będę  z  nią  siedzieć  do  rana! Ale  jakoś  się  nad  nią  wymodliłam. Potem  dołączają  do  nas  Krzychu  i  Lampart  i  też  zamawiają  po  schabowym. Gdy  już  wszyscy  skonsumowali, stawiamy  stoliki  jak  były  wcześniej, płacimy  i  wychodzimy. Teraz  mamy  zamiar  wybrać  się  gdzieś  na  plażę  oraz  poszukać  jakiś  baletów. Ubieramy  się  ciepło  i  bierzemy  kurtki  od  deszczu. No  oczywiście  ja  pod  kurtką  miałam  bluzkę  z  krótkim  rękawkiem, czego  potem  żałowałam. Więc  idziemy  na  tą  plażę  lecz  nie  w  stronę  miasta  ale  w  drugą (tą  co  jechaliśmy). Zaczyna  padać. Przez  las  kierujemy  się  ku  morzu  i  docieramy  nad  wielki  klif, gdzie  trzeba  było  uważać, aby  się  nie  prześlizgnąć  i  nie  spaść. Ale  widok  mamy  piękny  bo  rozpościera  się  na  wzburzone  morze, które  uderza  o  specjalne  betonowe  klocki, ułożone  przed  plażą. Chroni  to  właśnie  ten  klif  przed  obsunięciem, które  mogłoby  być  spowodowane  podmywaniem  przez  wodę. Robimy  zdjęcia  z  takim  oto  widokiem  i  postanawiamy - oprócz  FA  i  Lewego - jakimiś  ścieżkami  wiodącymi  między  krzakami  zejść  w  dół  na  plażę. Ale  niestety  części  się  to  nie  udaje  bo  tracę  z  widoku  na  jakimś  zakręcie  osobę  przede  mną. Nawet  wołania  nie  pomagają  aby  się  odezwali! Ale  postanawiamy  iść  dalej, najgorsze  jest  to, że  droga  zaczyna  mieć  kilka  kierunków  i  robi  się  coraz  bardziej  zarośnięta  krzakami! Więc  to nie  ma  sensu  i  ja, Amra, Galfa  oraz  Stachu  wracamy  i  idziemy  do  wejścia  na  plażę  od  miasta. Jesteśmy  mokrzy  lecz  droga  przez  miasto  i  ten  deszcz  powoduje, że  teraz  przemakamy! Bynajmniej  ja  przemokłam  i  było  mi  zimno  od  tego  wiatru! Marzyłam  tylko  o  tym  by  iść  gdzieś, gdzie  jest  ciepło!!! Dotarliśmy  gdzie  dojść  mieliśmy  i  widzimy, że  ku  nam  zmierza  ta  cała  trójca  czyli  Piotr, Krzychu  i  Lampart  również  cali  przemoczeni. W  najgorszej  sytuacji  jest  Piotr, ponieważ  nie  ma  w  swoim  bagażu  już  nic  suchego. I  mówi, że  musi  sobie  w  mieście  kupić  coś  ciepłego  bo  tak, to  nie  ma  po  co  wracać. Więc  Piotr  ze  Stachem  idą  szukać  czegoś  ciepłego, a  my  idziemy  szukać  miejsca  gdzie  są  gofry  wraz  z  dachem  nad  głową  oraz  w  miarę  ciepło. Znaleźliśmy  budkę  gofrową  i  zamawiamy  sobie  z  dominacją  gofrów  jagodowych. Ja  się  wybijam  i  biorę  z  malinami. Bo  maliny  rozgrzewają, a  mi  było  zimno  w  dodatku  całe  spodnie  mokre, w  butach  pływałam  i  nie  miałam  ochoty  nawet  się  ruszać! Potem  dołącza  do  nas  ta  dwójka  z  nowym  ciepłym  dresikiem  dyskretnie  schowanym  pod  kurtką. Tak  więc  teraz  możemy  wracać  do  namiotów. Ale  jeszcze  po  drodze  Lampart  z  zapałem  szuka  jakiejś  potańcówy. Znajdujemy  coś  w  jakimś  ośrodku, ale  jest  to  impreza  zamknięta, ponieważ  kolonijna – jak  się  dowiedziałam  od  jakiś  dziewczyn. Ale  Lampart  ma  wielką  ochotę  się  tam  wbić, lecz  Krzychu  jego  wierny  kompan  nawet  mówi: czy  Ty  nie  rozumiesz,  że  jestem  cały  mokry?!  Tak  więc  wracamy  nawet  muszę  powiedzieć, że  nie  byłam  pewna  czy  my  dobrze  wracamy, bo  ta  droga  jakaś  dziwna  mi  się  wydawała. Ale  dotarliśmy  lecz  w  drodze  gadaliśmy  co  teraz, z  tymi  mokrymi  rzeczami  na  nas? Więc  mówię, że  trzeba  iść  do  recepcji  i  się  zapytać, czy  można  gdzieś  je  rozwiesić? Bo  przecież, to  jest  logiczne, że  w  namiotach  nam  one  do  rana  nie  wyschną! Gdy  już  jesteśmy  na  biwaku  nikomu  się  nie  chce  tam  iść  i  pytać, więc  biorę  sprawę  w  swoje  ręce  i  ruszam  sama. I  oczywiście  załatwiłam! Idę  potem  do  reszty  i oznajmiam  tą  gorącą  wiadomość, że  możemy  rozwiesić  się  w  kotłowni!! Więc  biorę  z  sobą  suche  ubrania, aby  się  od  razu  przebrać, a  także  ręcznik, by  pod  nim  się  schronić  gdy  będę  wracać. Aha  i  FA  daje  mokre  ubrania  swoje  i  Lewego, którzy  już  rozłożyli  się  w  śpiworach, gdyż  wrócili  wcześniej. No  to  prowadzę  equipę  do  tej  kotłowni! Ale  są  dwa  wejścia! Próbujemy  otworzyć  pierwsze, gdyż  w  recepcji  powiedziano  mi, że  drzwi  są  otwarte, a  na  tych  drugich  widzimy  kłódkę. Ale  tutaj  natrafiamy  na  drewno  więc  pozostaje  wejście  z  kłódką  i  okazuje  się, że  jest  ona  otwarta, po  czym  jesteśmy  w  cieplutkim  pomieszczeniu, w  którym  na  sznurach  są  rozwieszone  ubrania  innych  obozowiczów. Zdejmujemy  z  siebie  wszystko  co  mokre  i  rozwieszamy. Ja  znalazłam  w  tej  całej  kotłowni  krzesło, więc  sadowię  się  na  nim  i  przebieram  w  suche  rzeczy. Faceci  pstrykają  zdjęcia  w  tej  cieplutkiej  suszarnio-przebieralni, ale  też  mają  problem, bo  nie  wzięli  z  sobą  nic  suchego, aby  potem  się  ubrać  hahaha...! Gdy  już  kończyłam  się  ubierać  wpadł  pan  kotłowniczy, który  zaczął  coś  tam  mówić, że  włączyliśmy  jakiś  wiatrak, na  którego  prawdę  mówiąc  nie  zwracaliśmy  nawet  uwagi. Ale  go  wyłączył, a  męska  część  poszła  do  namiotów  ja  zostałam  chwilę, bo  jeszcze  zmieniałam  buty  na  suche, a  te  chciałam  zostawić  tutaj  do  wyschnięcia. I  zapytałam  się  tego  kotłowniczego, gdzie  najlepiej  je  postawić  więc  wyszło, że  na  piecu . Ale  poszedł  do  tego  sąsiedniego  pomieszczenia  po  jakieś  cienkie, drewniane  listwy, aby  nic  od  tego  gorąca  nie  stało  się  butom. Podziękowałam, nakryłam  się  ręcznikiem  i  poszłam  do  namiotów. Gdy  miałam  wchodzić  do  swojego, nagle  wołają  mnie  głosy  z  namiotu  trzeciego  czyli: Piotra, Galfy  i  Amry  abym  do  nich  przyszła. Był  tam  też  Stachu, a  potem  zjawił  się  też  Lampart  ale  bez  Krzycha  bo  ten  poszedł  spać! I  tak  gdy  deszcz  padał  my  sobie  siedzieliśmy  i...

 

11  sierpnia (czwartek)

Nie  wiem  jak  to  się  stało, ale  obudziłam  się  w  miejscu, w  którym  ostatnio  byłam  czyli  namiocie  nr  3!!! Ale  nawet  było  miło  skoro  w  nocy  się  nie  obudziłam, a  najmilszy  był  śpiwór  Piotra!!! Bo  taki... Heh, a  co  to  się  jeszcze  działo!!! Czapka  Stacha  została  brutalnie  potraktowana, którą  zostawił  wczorajszego  wieczoru  w  ganku  namiotu. Po  prostu  istna  abstrakcja! Nawet  nowiutki  dresik  Piotra  dostał  jakiś  skaz. Ale  czy  fabrycznych??? No  potem  zastanawiamy  się  czy  mamy  jechać  czy  nie, ze  względu  na  pogodę, gdyż  co  jakiś  czas  jeszcze  pada. Ale  po  informacjach  pogodowych  otrzymanych  z  południa  okazało  się, że  możemy  ruszać. Więc  się  zbieramy! Myjemy, jemy, idziemy  po  nasze  ubrania  do  kotłowni, pakujemy, planujemy  ale... namiot  drugi  śpi!!! Więc aby  pospieszyć  śpiochów  wymyśliliśmy  wyciągnięcie  śledzi, aby  namiot  się zawalił! Wtedy  zaczynają  powoli  się  wyłaniać, ale  kiedy  wstał  Lampart  w  swoim  śpiworze, to  wyglądał  w  nim  jak  hot-dog! A  dla  turystów  patrzących  się  na  nas  z  ulicy, to  było  atrakcją. Dziś  Servic  Carem  jedzie  Faramka  z  Lewym, a  dojechać  mamy  do  Łeby!!! Czyli  miejscowości  gdzie  mam  rodzinkę!!! Tak  więc  nie  trzeba  szukać  campingu, bo  miejsce  noclegowe  jest  załatwione! Wyciągamy  rowery, Piotr  reguluje  rachunek  w  recepcji  i  dopiero  po  godzinie  12  wyruszamy!!! Jedziemy  sobie  spokojnie, drogami  przyjaznymi  dla  rowerzystów, od  czasu  do  czasu  mały  postój, gdzie  na  jednym  takim  ucinam  sobie  pogawędkę  z  ekspedientką, na  temat  Ustki, do  której  teraz  zmierzamy  bo  tam  mamy  się  spotkać  z  FA  i  Lewym  i  zastanowić  się  co  dalej  robimy... Więc  wyruszamy. Po  Ustce  trochę  jeździmy  i  szukamy  naszych, którzy  mają  być  wg  informacji  na  jakimś  parkingu. Znajdujemy  ich  i  planujemy  dalszą  drogę. Piotr  wyrywa  kartki  z  atlasu, przekazuje  je  Krzychowi, który  od  tej  pory  pełni  funkcję  mapowego. Po  czym  idziemy  zwiedzać  port. Robimy  sobie  zdjęcia  przy  bardzo  wymyślnym  statku  wycieczkowym  oraz  z  piratem, który  mierzy  do  Piotra! I  ruszamy  dalej... Jedziemy  przez  Przewłkę, Wytowno  do  Objazdów, gdzie  Lampart  zauważa  fajną  restaurację, do  której  pakujemy  się  na  obiad. Krzycho  tylko  spoko  to  podsumował  mówiąc: restauracja  spoko, żarcie  też, tylko  te  drzwi  takie  dziwne?! A  dziwne, gdyż  każdy  kto  wchodził  i  wychodził  był  informowany  dla  personelu  w  postaci  gwiżdżącego  ptaka. Gdy  pojedliśmy  i  zaczerpnęliśmy  świeżych  informacji  na  temat  naszej  drogi  wyruszamy  dalej. Jedziemy  trasą  rowerową  obok  Jeziora  Gardno, podziwiając  widoczki  do  Smołdzina. Tutaj  robimy  postój  i  zawiadamiamy  Servic  Car, że  ma  jechać  do  miejscowości  Kluki, gdyż  mamy  jednego  poszkodowanego  i  będzie  zmiana  w  zespole. A  osobą  poszkodowaną  był  Stachu, któremu  coś  się  stało  z  noga  i  nie  mógł  dalej  jechać. Do  Kluków  dojechaliśmy  trasą  rowerową  lecz  w  czasie  tej  drogi  dowiedzieliśmy  się  od  Lamparta, że  Mickiewicz  oraz  Prus  dostali  Nobla. To  było  naprawdę  edukacyjne! Gdy  tak  czekaliśmy  na  FA, postanowiliśmy  posilić  się  przydrożnymi  domowymi  wypiekami  i  zasięgnąć  języka. Otóż  okazało  się, że  nasza  dalsza  trasa  rowerowa  biegnąca  obok  Jeziora  Łebsko  prowadzi  przez  bagna, które  teraz  są  nieciekawe  ze  względu  na  pogodę, gdyż  wówczas  zaczęło  padać!!! Zastanawiamy  się  co  robić? Postanawiamy  wówczas  przenocować  tutaj  i  dowiadujemy  się, że  można  wynająć  jakąś  stodołę. Opuszczamy  więc  domowy  kramik  i  idziemy  do  jakiegoś  nieopodal  baru, tam  zostaje  Krzychu  wraz  ze  Stachem, a  my  jedziemy  szukać  noclegu. Lecz  negocjacje  z  właścicielami  prowadzi  Piotr  z  Lampartem. I  dopiero  za  trzecim  razem  mamy  stodołę  za  50  złoty  u  jakiejś  kobieciny, która  podobno  się  nas  trochę  wystraszyła. Więc  jadę  do  tego  baru  i  wtedy  wyłania  się  z  za  zakrętu  Servic  Car  i  kieruję  na  parking  przed  barem. Potem  planujemy  co  robimy  dalej. Postanawiamy  wprowadzić  się  do  tej  stodoły, a  potem  FA  z  Lampartem  jadą  do  sklepu  w  innej  miejscowości  po  prowiant, gdyż  tutaj  nie  ma  żadnego  spożywczaka. Jak  się  okazuje  mieścina  Kluki  jest  skansenem, gdzie  jest  jedna  ulica  i  kilka  domów, które  można  wyliczyć  na  palcach. Stodoła  jest  odjazdowa  chociaż  bez  sianka  i  z  przeciekającym  dachem. Tym  razem  nie  zażyjemy  kąpieli  ale  trudno! Na  górze  stodoły  pokrytej  betonem  rozkładamy  folię  malarską, którą  wziął  Lampart  i  planujemy  rozłożenie  spania. Na  folię  kładziemy  karimaty, a  na  nie  śpiwory. Porozstawialiśmy  beczki, wiadra  i  co  się  dało, tam  gdzie  kapało. Zrezygnowaliśmy  z  posiłku  tego  wieczoru  i  postanowiliśmy, że  jutro  wcześnie  wstajemy  bo  musimy  nadrobić  trasy  i  dojechać  do  Władysławowa. Więc  o  godzinie  22  zarządzona  jest  cisza  nocna, ale  do  tej  pory  graliśmy  w  skojarzenia. Pewną  atrakcją  stała  się  również  dziurka  w  dachu  będąca  tuż  nad  Piotrem  oraz  tregra, na  której  wypadło  mu  spać. Gdy  tak  graliśmy  od  czasu  do  czasu  ktoś  przysypiał  i  odpadał  z  gry, a  potem  znów  się  włączał... W  końcu  zarządziliśmy  spanie. Niestety  jakoś  nie  mogłam  spać, tym  bardziej, że  za  moją  głową  chrapał  Lampart  potem  do  tego  jego  solo  dołączył  się  Galfa. Trochę  pogadałam  sobie  z  Amrą, bo  on  też  nie  spał  i  do  tego  kapało  mi  jeszcze  na  twarz  i  było  gorąco. Ale  zasnęłam  dopiero  po  jakimś  czasie, nasłuchując  z  jaką  częstotliwością  pada  deszcz...

 

12  sierpnia (piątek)

Pobudka  i  wstajemy  zgodnie  ze  wczorajszą  umową! Wszyscy  narzekają, że  zmokli  tej  nocy, bo  na  nich  kapało  i  na  śpiwory. Stachu  również, nie  dość, że  poszkodowany  to  również  mokry. Natomiast  wszystko  co  porozwieszaliśmy  wczoraj  by  wyschło  było  jeszcze  bardziej  mokre  od  tej  wilgoci. Mamy  zamiar  robić  rano  jajecznicę  ale  nie  można  znaleźć  masła! Ja  idę  do  tej  miłej  pani, aby  załatwić  potrzeby  fizjologiczne  i  przy  okazji  pytam  się  o  masło. Daje  mi  pojemnik  margaryny. Lepsze  to  niż  nic! Gdy  wracam  masło  odnaleźli  ale  w  opłakanym  stanie! Potem  idę  z  FA  jeszcze  po  wodę  bo  sama  ma  stracha. Gdy  wracam  kroję  cebulę, którą  dusi  Piotr, dodaje  jajka  i  mamy  jajecznicę!!! Każdy  stoi  w  kolejce  po  ciepły  posiłek, potem  sprzątamy, pakujemy  się  i  ruszamy! Dziś  Servic  Carem  do  Władysławowa  jedzie  Lampart  ze  Stachem, ja  zostałam  mianowana  do  funkcji  mapowego  i  jedziemy  trasą  rowerową  prowadzącą  przez  te  bagna  omijając  Jezioro  Łebsko, gdzie  po  drugiej  jego  stronie  widać  było  wydmy. Ale  droga  naprawdę  była  ciężka  i  przerażająca!!! Chyba  z  dwa  razy  wpadłam, zresztą  nie  tylko  ja, gdyż  większość  się  skąpała  w  tych  przyjemnościach. W  którymś  momencie  zauważyłam  jakąś  osóbkę  nadjeżdżającą  z  przeciwka  i  postanowiłam  się  jej  zapytać  czy  jeszcze  długo  ciągnie  się  ta  droga. Więc  się  zatrzymałam  i  pytam, za  mną  jechał  Galfa  i  też  stanął. I  dowiedzieliśmy  się, że  jeszcze  kawałek  więc  ruszamy  za  resztą, których  doganiamy  na  jakimś  mostku, którego  widok  był  przerażający, a  co  dopiero  przez  niego  przechodzić. Doprowadzamy  się  tutaj  do  jakiego  takiego  porządku  czyszcząc  siebie  bo  jesteśmy  w  opłakanym  stanie  i  ruszamy  dalej. Ale  po  jakimś  czasie  mamy  małą  przeszkodę... drzewo  na  drodze, które  omijamy. Potem  trafiamy  do  jakiś  zabudowań, gdzie  dostajemy  wiadro  czystej  wody, myjemy  się, a  potem  Piotr  oblewa  nią  rower  mój, swój  i  chyba  jeszcze  kogoś. Fa  chyba  po  tych  wybojach  i  bagnach  odpadło  przednie  światło. Dowiadujemy  się  również, że  odbiliśmy  od  drogi  i  musimy  się  wracać. Więc  ruszamy  stając  potem  gdzieś  po  drodze, aby  się  rozebrać, gdyż  zaczęło  nareszcie  wychodzić  upragnione  słoneczko  i  się  fotografujemy, po  czym  ruszamy  dalej... A  tutaj  znów  przeszkoda!!! Napadło  nas  stado  gęsi!!! Były  one  wielkie  i  jeszcze  nas  dzióbały! Ale  dojeżdżamy  do  Izbicy  gdzie  robimy  postój  przy  sklepie, po  czym  ruszamy  szlakiem  dalej, który  prowadzi  nas  cały  czas  przez  Słowiński  Park  Narodowy, czyli  przez  las  do  Gaci  potem  Żarnowska  i  stąd  już  twardą  nawierzchnią  jedziemy  do  głównej  drogi  prowadzącej  do  Łeby. I  tutaj  skręcamy  na  południe, po  czym  na  pierwszym  skrzyżowaniu  w  lewo  i  stąd  jedziemy  na  Sarbsk, gdzie  jesteśmy  ok. godziny  12  i  robimy  dłuższy  postój  na  coś  gorącego. Zakupujemy  sobie  również  coś  na  drogę  i  ruszamy... Ale  znów  wylądowaliśmy  w  nieciekawym  miejscu  bo  błądzimy  po  jakimś  lesie, gdzie  droga  ma  grząski  grunt, gdyż  jest  cała  w  okropnym  błocie. I  na  tej  trasie  ześlizgnęła  mi  się  noga  z  pedała  i  sobie  ją  zdarłam. Ale  dojeżdżamy  do  Sasina  i  postanawiamy  dalej  mknąć  asfaltem  przez  Ciekocino, Kurowo, Choczewo, Lubrewko, Wierzchucino  do  Żarnowca  gdzie  przy  Jeziorze  Żarnowieckim, gdzie  kiedyś  miała  być  wybudowana  elektrownia  atomowa, zatrzymujemy  się  i  pstrykamy  kilka  fotek. Następnie  wsiadamy  na  nasze  pojazdy, które  dziś  sporo  przeżyły  i  razem  z  wiatrem  mkniemy  dalej  przez  Goszczyno  do  Minkowic, gdzie  zatrzymujemy  się  przy  restauracji. Postanawiamy  zająć  miejsca  na  zewnątrz, ale  nadchodzi  chmura  i  zaczyna  padać, a  my  się  nie  mamy  zamiaru  ruszać, zresztą  jesteśmy  pod  parasolem! Przychodzi  kelner  zbiera  od  nas  zamówienie  i  mamy  swoje  drugie  danie  dnia  dzisiejszego. Gdy  Lewy  dostał  swój  posiłek  Piotr  zaczął  opowiadać  jak  robił  mielone  w  domu  i  tak  energicznie  pokazywał, że  w  pewnym  momencie  przewrócił  pokal, który  się  rozbił, ale  nic  się  nie  stało. Po  posiłku  ruszyliśmy  dalej  jadąc  przez  Sławoszyno, Karwię, Jastrzębią  Górę  do  Rozewia. Tutaj  pod  wpływem  mojego  przekonania  i  uporu  pojechaliśmy  na  najdalszy  punkt  wysunięty  w  Polsce  na  północ  czyli  na  Przylądek  Rozewie. Popstrykaliśmy  sobie  kilka  fotek, podziwialiśmy  widoczki  i  wyruszyliśmy  w  dalszą  drogę. Gdy  tak  jechaliśmy, to  w  pewnym  momencie  Piotr  się  pyta: jak  grupa się  czuje? Wszyscy  odpowiadają: dobrze! Tylko  ja  mówię: brudna!!! Bo  byłam  po  tych  błotach, bagnach, lasach  cała  brudna  nie  wspominając  już  o  rowerze! I  gdy  tak  jechaliśmy  cały  czas  myślałam, tylko  o  tym, że  jak  będziemy  we  Władysławowie, to  pierwszą  rzeczą  jaką  będę  robić  to  mycie  roweru, a  potem  siebie! Dojechaliśmy!!! Namioty  już  rozłożone  więc  teraz  mycie, a  wieczorem  wypad  gdzieś  pohulać!!! Ja  jak  sobie  obiecałam  idę  myć  rower, ale  praca  ta  jest  na  chwilę  przerwana  na  posiłek, którym  jest  jajecznica  z  pomidorami. Kończę  mycie  roweru  i  zaczynam  siebie, jeszcze  potem  myję  ubłocone  buty, trochę  porządku  w  namiocie  i  można  iść  się  bawić. Wszyscy  w  tym  czasie  już  poszli  pozostał  tylko  Piotr, i  wtedy  na  niebie  pojawiła  się  tęcza, a  nawet  dwie. Tylko, że  ta  druga  była  słabsza. Biorę  więc  aparat  i  pstrykamy  sobie  fotki  jeszcze  na  tle  morza!!! Potem  idziemy  do namiotu, w  którym  ma  grać  jakiś  Dj  i  czekamy  na  rozwój  sytuacji. Parkiet  okupowany  jest  jak  na  razie  przez  małe  dzieciaki  i  nikt  nie  ma  ochoty  się  wbijać. Dopiero  gdy  się  ściemniło  ruszam  razem  z  Piotrem,  a  później  dołączył  Lampart  z  Krzychem. Jak  się  okazało  gdzieś  w  sąsiednim  i  niedalekim  namiocie  też  była  jakaś  impreza, na  którą  dzień  wcześniej  rozdawał  bilety  jakiś  murzyn. Nasi  chcieli  się  tam  wbić  ale  jakoś  im  to  nie  wyszło. Nawet  spoko  była  impra  tej  nocki, ale  położyć  spać  też  się  trzeba  było. I  gdy  tak  szłam  razem  z  Amrą  do  namiotów  zatrzymała   nas  ochrona  pytając  o  karty  wstępu, więc  my  tłumaczymy, że  nie  mamy  ale  mówimy  kim  jesteśmy. No  to  wszystko  OK. Ale  potem  gdy  wróciliśmy  jeszcze  raz  na  chwilę  do  namiotu  zabaw  i  znów  szliśmy  do  naszych, to  po  raz  kolejny  czepił  się  nas  ten  ochroniarz, abyśmy  zaprowadzili  go  do  kierownika  grupy. Amra  zawołał  Piotra, który  porozmawiał  z  tym  miłym  ochroniarzem  i  poszliśmy  spać...

 

13  sierpnia (sobota)

Jest  to  nasz  ostatni  dzień. Składamy  namioty, pakujemy  w  plecaki  to  co  nam  potrzebne  do  drogi  w  pociągu, regulujemy  recepcję  i  ruszamy  na  Hel. Śniadanie  mamy  jeść  gdzieś  po  drodze. Ale  ja  zdążyłam  jeszcze  przed  wyjazdem. Dziś  Servic  Carem  jadą  te  same  osoby  co  dnia  poprzedniego. Jadąc  przez  Władysławowo  natykamy  się  na  jakiś  przydrożny  bar, gdzie  prawie  wszyscy, bo  beze  mnie  spożywają  śniadanko. Następnie  jadąc  Mierzeją  Helską  mijamy  Chałupy, Kuźnicę, Jastarnię, w  której  robimy  większy  postój  w  jakiejś  restauracji  przy  porcie, do  której  wejście  prowadzi  przez  zastawione  krzesłem  drzwi. Po  tym  odpoczynku  ruszamy  jadąc  przez  Juratę  do  Helu. Prawie  przez  cała  drogę  tą  mierzeją  jechaliśmy  ścieżka  rowerową  podziwiając  piękne  widoki. A  najlepsze  było, gdy  jadąc  mieliśmy  z  prawej  strony  wodę  i  z  lewej  tak  samo, a  my  po  środku. Na  Helu  spotkaliśmy  się  z  Servic  Carem  pod  stacją  PKP. Tutaj  zrobiliśmy  sobie  pamiątkowe  zdjęcie, po  czym  pożegnaliśmy  się  z  Piotrem  i  Stachem, ponieważ  wracali  już  do  domu. A  my  poszliśmy  zakupić  sobie  bilety, a  potem  pozwiedzać  Hel, gdyż  mieliśmy, aż  6  godzin  czasu  wolnego! Więc  ruszamy  najpierw  do  portu, a  gdy  stąd  wyjeżdżamy  Krzychu  wieziony, na  swoim  rowerze  na  bagażniku  przez  Lamparta (bo  jego  rower  pojechał  razem  z  Piotrem) postanawia  trochę  ulepszyć  swój  pojazd. Otóż  najpierw  wygina, a  potem  ucina  do  połowy  tylni  błotnik, określając  to  jako: nowa  myśl  inżynieryjna. Następnie  ruszamy  dalej  pod  latarnię. Tutaj  stajemy  przy  jakimś  barze  na  rybkę. FA  i  Amra  wypisują  kartki, a  my  sobie  gadamy  o  pamiątkowym  helskim  kole  ratunkowym  dla  Krzycha. Gdy  zjedliśmy  i  przestało  padać  ruszamy  po  jakieś  pamiątki. Zahaczamy  też  budkę  z  goframi, a  potem  zaczynamy  się  już  nudzić, robi  się  zimno  i  zaczyna  wiać  wiatr. Wracamy  na  stację  PKP. Tutaj  ubieram  się we  wszystko  co  mam  i  dalej  mi  straszne  zimno!!! Czekając  na  nasz  pociąg  oglądamy  mycie  innego. Gdy  nasz  podstawili  wsiadamy  do  niego, ale  po  informacjach  konduktora, mamy  pakować  się  w  trzeci  wagon  od  końca, gdyż  dwa  ostatnie  są  zarezerwowane  dla  kolonii. Więc  spokojnie  wkładamy  rowery, ustawiamy, mocujemy, czekamy  na  odjazd  jeszcze  z  50  minut  i  wyjeżdżamy... Jedziemy  przez  całą  mierzeję  do  Władysławowa, a  następnie  przez  Redę, Gdynie, Sopot, Gdańsk, Tczew  do  Warszawy. W  czasie  tej  drogi  jest  mi  zimno  i  boli  mnie  gardło! Na  którejś  stacji  doczepiają  jeszcze  dwa  wagony, gdyż  jak  się  okazuje  jest  ich  za  mało. Wszyscy  prawie  śpimy, albo  coś  tam  czytamy...

 

14  sierpnia (niedziela)

Z  Warszawy  kierujemy  się  do  Lublina  i  tutaj  mamy  szybką  akcję, ponieważ  jesteśmy  odpinani  i  musimy  przenieść  się  do  bliższych  wagonów. Z  początku  gdy  Galfa  i  Amra  zaczęli  nas  budzić  w  takim  pośpiechu  to  szczerze  mówiąc  myślałam, że  ktoś  kradnie  rowery!!! To  wyrwanie  ze  snu  z  samego  rana, bo  przed  6, wszystkich  stawia  z  początku  na  nogi. Nawet  mi  zrobiło  się  ciepło. Ale  gdy  jesteśmy  już  w  nowym  wagonie  czujemy  się  wykończeni, a  do  tego  nie  ma  wolnego  przedziału  i  zajmujemy  korytarz. W  czasie  tej  drogi  do  Lublina  Lewemu  zniknął  licznik, natomiast  Lampartowi  urósł  wąs! Postój  trwał  tutaj  z  jakieś  40  minut. Krzychu  ledwo  żywy  spał  potem  wzdłuż  korytarza  lecz  gdy  szedł  konduktor  w  szybkim  tempie  z  niego  wstał  i  spał  na  rozkładanym  krzesełku. Nawet  nie  ruszała  go „Pszczółka  Maja”!!! Z  Lublina  jechaliśmy  na  Kraśnik, a  stąd  do  naszej  ostatniej  stacji  jaką  jest  Stalowa  Wola – Rozwadów, na  której  jesteśmy  gdzieś  około  8:25. Teraz  wsiadamy  na  rowery  i  jedziemy  do  domu, ale  nie  wszyscy  bo  po  Lamparta, FA  i  Lewego  przyjeżdżają  samochody. A  reszta  z  nas  wraca  jednośladem. Ja  jadę  sama  bo  kieruję  się  na  Tarnobrzeg, tylko  wcześniej  pytam  się  Galfy, w  którą  stronę  od  stacji  mam  jechać. W  domu  jestem  już  ok. 9:35, ale  jeszcze  po  południu  jadę  po  bagaże  do  Sandomierza.

Jednym  słowem  wyjazd  był  odjazdowy  i  niech  żałują  Ci  co  nie  byli  i  tego  nie  przeżyli!!!   

Joluś