|Majówka|
     

Nieoficjalna wycieczka BES podczas długiego weekendu. Właściwie poniedziałkowy spontan. Ale czemu by nie skorzystać? Pogoda zapowiadała się prześlicznie - od rana świeciło prawdziwe majowe słoneczko.
O 10 z minutami (jak zwykle... :P) dotarłam pod Bramę Opatowską. Ku mojemu zdziwieniu zastałam tam tylko pana Stacha i Lamparta. Wycieczki trzyosobowe wróżą deszcz - znam to z autopsji - więc ucieszyłam się, kiedy chwilę po mnie podjechały oba Piotrki! Właściwie to już nie spodziewaliśmy się nikogo więcej. Ustaliliśmy, że trasa będzie krótka, a przyjemna. Taka rowerowa majówka.
Doszliśmy do wniosku, że musowo trzeba pojechać na "naszą łączkę". Za mostem skręciliśmy w prawo - na osiedle HSO, tzw. getto. Często zdarza nam się spotkać tam jakiegoś znajomego rowerzystę, jednak tym razem - pustki. Skierowaliśmy się w stronę Wielowsi. Przestrzeliliśmy szosę Sandomierz-Tarnobrzeg, szukając w pobliżu sklepu - spożywczego rzecz jasna. Wyjechaliśmy z zabudowań zmartwieni negatywnymi wynikami poszukiwań. Kilkaset dalej, już za torami kolejowymi znajduje się wspaniała łąka z masą słoneczno-żółtych mlecyków. Coś pięknego! Wyłożyliśmy się na "kocu", o którym nie zapomniał Lampart :) Gadaliśmy o tym i o tamtym, aż w końcu zjechaliśmy na temat sensu istnienia konstytucji. Mimo, że nie ma co mieszać polityki z rowerami - rozmowę uznaliśmy jak najbardziej na miejscu. W końcu to 3 maja... Przy tej łączce warto jeszcze przypomnieć o pociągu z 41 wagonami, który śmiał zburzyć nasze błogie wylegiwanie się w tak cudnym miejscu.
Jadąc dalej - dotarliśmy do Sobowa. Sklep zamknięty. Więc popędziliśmy (dosłownie!) do Furman. Chopy to przegięły, więc kiedy tylko zobaczyłam znak "Furmany" - odpuściłam pierwszego miejsca w wyścigu do sklepu... :) I tu czekał nas kolejny popas. Bachnęliśmy się na trawie przy drewnianym płocie niedaleko sklepu. Tym razem gadaliśmy o szkole, o zgrozo. Chwilkę pokropił deszczyk, ale całe szczęście był niegroźny.
Następny przystanek ustaliliśmy w Zabrniu. Niestety, zostaliśmy tam zrobieni w przysłowiowego konia przez tamtejszych chłoptasiów (cała banda, czekali na autobus, jechali na mecz). Niepotrzebnie straciliśmy parę minut i kilometrów. Jednak wracając znów pod sklep - okazało się, że jest już otwarty. Także nie wiem, czy na chłoptasiów się wkurzać, czy im dziękować ;)
Zrobiliśmy zakupy na piknik, który urządziliśmy sobie na polance przy rzece Łęgu. Ach, kolejne cudne miejsce... Było tak ciepło, że Lampart aż wlazł do wody ;) A pan Stachu włażąc w krzaki na sikorskiego, znalazł drzewo obgryzione przez bobra. Skubaniec! (bóbr, nie Stachu)
Nasza dalsza droga wiodła przez wał wzdłuż Łęgu. Całkiem miło. Postanowiliśmy tam jeszcze wrócić. Przejeżdżając tamtędy mieliśmy po prawej stronie Gorzyce, wkrótce dotarliśmy do głównej szosy (Sandomierz-Stalowa Wola). Stamtąd to już prosta droga do Sandomierza... Oczywiście naszymi ulubionymi zakamarkami. Kto to widział drzeć z Gorzyc główną drogą?!

Cała wyprawa zajęła nam prawie 6godz., ilość przejechanych kilometrów: 45. Nieprawdopodobne? Przecież wspominałam, że to rowerowa MAJÓWKA! :)